Tak się akurat złożyło, że mój powrót z wakacji zbiegł się z zadymą - najpierw pod Pałacem Prezydenckim, teraz w Gdyni. Nie chcę oceniać, po pierwsze za mało wiem, po drugie mam mieszane uczucia w obu przypadkach. Z jednej strony rozumiem argumenty obrońców Krzyża i ich bunt w chwili próby przeniesienia Go do św. Anny, rozumiem, dlaczego członkowie "Solidarności" wygwizdali premiera SWOJEGO państwa. Ale sądzę, że w obu przypadkach zachowałbym się inaczej, może spokojniej. I tu zbliżamy się do sedna tarczy, że sparafrazuję generała MO z filmu „Rozmowy kontrolowane”.
Wielu polskich socjologów wyjaśnia nasze „problemy” z wykorzystywaniem wolności, tym, że lata zaborów, okupacji wszelkiej maści i w końcu „realny socjalizm” spowodowały nasza „alergię” na państwo i jego instytucje – jako narzędzia ciemiężenia. Państwo, z krótką przerwą na II RP, nie było NASZE.
Doszliśmy do takiej paranoi, że albo zgodnie z zasadą „po nas choćby i potop” część z nas oczekiwała, że bez względu na wszystko państwo ma obowiązek dać się oskubać wypłacając ciężkie pieniądze uprzywilejowanym. Natomiast druga część oczekiwała, że państwo da nam święty spokój, że zwyczajnie nie będzie nam przeszkadzać w życiu, robieniu interesów, niech zapewni kształcenie dzieci na znośnym poziomie i niech udaje, że gwarantuje leczenie, a poza tym to już sobie poradzimy.
Ale jak już wiemy nie od dziś Polska „to taka dziwny kraj”. Niestety ostatnio pojawiła się trzecia opcja. Pojawiła się ona po klęsce POPiS-u. Są to ludzie, którzy mają poczucie, że chociaż nie roszczą sobie żądań, to nie chcą również „wolności od państwa”. Grupa ta czuje, że to państwo z jego elitami się od nich odwraca. Grupa ta jest, co raz większa. W końcu takie grupy chcą zmienić Państwo, czasem ja pod koniec XVIII w. w Ameryce dosłownie, a czasem jak niemal równocześnie we Francji od wewnątrz. Główną rolę odgrywają elity włądzy i to one ponoszą największą odpowiedzialność.
Jako historyk opisuję jak społeczeństwa osiągały masę krytyczną, jak w wyniku buntu władcy tracili głowy – czasem dosłownie. I tu nasunęła mi się analogia: zarówno Ci spod Krzyża, jak i „Solidarnościowcy”, albo szerzej po prostu „PiSiory”, a dla mnie elektorat PiS i tego co jeszcze bardziej na prawo, tudzież pewna część nie głosująca oni czują się odrzuceni przez SWOJĄ ojczyznę. Ludzie, których kiedyś szanowali (vide prof. Bartoszewski), których sukcesy ich cieszyły (vide Wajda) odwrócili się od nich TYLKO, DLATEGO, ŻE ZAGŁOSOWALI NA INNĄ PARTIĘ.
Nie chcę, żeby w Polsce doszło do buntu, czy rewolucji, ale widać już oznaki, jakie miały miejsce w Anglii w poł XVII w., we Francji pod koniec wieku XVIII, czy w Rosji na początku XX. Nastąpiła dewaluacja autorytetów, a społeczeństwo się podzieliło. Spirala się nakręca i nie widać żeby ktoś chciał ją zatrzymać. Oby historia nie lubiła się powtarzać.


Komentarze
Pokaż komentarze