Redaktor Anita Błaszczak w swoim blogu w dziale ekonomicznym „Rzepy” Kelner z dyplomem napisała:
Za granicą przyzwyczailiśmy się więc do pracy poniżej kwalifikacji i wykształcenia. Co innego w kraju, choć i tu coraz częściej absolwenci studiów humanistycznych lądują, jeśli nie w restauracjach, to w call centrach, gdzie ramię w ramię pracują z dorabiającymi sobie w wakacje licealistami. Władze i tak się cieszą, bo przynajmniej młodzi mają pracę i nie zwiększają statystyk bezrobocia.
Jednak amerykańskich naukowców takie zjawisko poważnie zaniepokoiło - wyliczyli, że aż 36 proc. absolwentów uczelni w USA znajduje pierwszą pracę poniżej swych kwalifikacji i poziomu wykształcenia. Prawie co dziesiąty pracuje zaś w niepełnym wymiarze godzin, choć chciałby na pełny etat. Ich wnioski nie są zbyt odkrywcze, bo znane i powtarzane od lat; jeśli ktoś chce po studiach pracować w zawodzie, to powinien wybrać praktyczny, najlepiej ścisły kierunek. (Choć „nieścisła" ale praktyczna medycyna też się sprawdza).
Pisze ona dalej o tym zjawisku jako o marnotrawstwie, którego ja jednak nie widzę. Dlaczego nie widzę - bo dziś osoba z wyższym wykształceniem poziomem wiedzy, umiejętnościami i tak zwaną ogładą klasyfikuje się na poziomie gdzieś między małą maturą, a klasą maturalną systemu przedwojennego. Nie widzę powodu aby ktokolwiek miał „przepłacać” zatrudniając „dobrze wykształconego” absolwenta za to tylko, że pokaże na rozmowie dyplom ukończenia studiów wyższych. Podkreślam, student każdego kierunku nie nadaje się do pracy w wyuczonej dziedzinie - jakiejkolwiek, o ile nie został jej nauczony w domu, albo poprzez pielęgnowane hobby. Każdy kto przyjmował kogokolwiek do pracy wie, że to czy się on nadaje czy nie, właściwie bez znaczenia jest, czy i jakie studia skończył, ważne tylko czy i jak szybko potrafi się zaadoptować w środowisku nowej pracy. Kierunek wykształcenia jedynie pomaga HR-owcom uporządkować sobie kandydatów do rozmowy.
Pani redaktor pisze dalej:
U nas tym marnotrawstwem nikt się specjalnie nie przejmuje. A szkoda, bo o ile Amerykanie marnują swój potencjał za własne pieniądze, my robimy to często za publiczne środki. Na publicznych uczelniach kształcą się tysiące przyszłych bezrobotnych, wybierając atrakcyjnie brzmiące kierunki, które nie dają konkretnych umiejętności.
O jakich umiejętnościach pani redaktor myśli? Nie mam pojęcia. Jedyną umiejętnością jaką uczelnie powinny wpoić studentom jest umiejętność krytycznego myślenia. Uniwersytety są miejscem w którym mają się spierać idee i pomysły - gdzie dąży się do lepszych rozwiązań problemów technicznych, technologicznych, albo filozoficznych i egzystencjalnych. Uczelnie są więc jedyną szansą na to, aby młody człowiek przepchnięty przez nasz system edukacyjny nauczył się wątpić w to że cała wiedza została nam dana raz na zawsze.
A nie tego oczekuje pracodawca. Na uczelniach daliśmy sobie wmówić, że mamy kształcić fachowców. Tyle tylko, że to szkoły zawodowe (niższe i wyższe) powinny przejąć tego typu kształcenie (do takich zaliczam również uczelnie medyczne i niektóre wydziały politechnik). Pracodawca oczekuje bowiem, że o ile nie szuka człowieka z dłuższym doświadczeniem (ale nie o tym tu teraz mowa) otrzyma z rynku pracy „materiał” na dobrego pracownika, którego da się wpasować w firmę.
Tych dwóch rzeczywistości nie da się dopasować. Być może jako historyk nie potrafię dostrzec, jakiegoś aspektu, który mógłby stać się spoiwem łączącym. Może ktoś go dostrzega?
Pierwszym dramatem polskiej edukacji było to, że uznaliśmy iż można nauczyć dziecko/młodzież myśleć bez podania mu wiedzy jako fundamentu na którym buduje się myślenie; Drugim, że wmówiliśmy sobie, iż osoba bez dyplomu jest mniej warta od kogoś bez studiów oraz mniej szczęśliwa; Po trzecie, że przestaliśmy czytać; Po czwarte…………………………. Po….. kolejne i zapewne nie ostatnie fundujemy sobie teraz „uniwersytety zawodowe” - SUPER!!!!


Komentarze
Pokaż komentarze (15)