Mamy nowego prezydenta. Habemus caput - można by powiedzieć, oczywiście po łacinie. Cieszmy się, na lile można, bo państwo powinno mieć głowę, i dobrze, że ją wreszcie ma. Zaprzysiężenie Komorowskiego odbyło się z wielką pompą, co miał pokazać wagę urzędu i doniosłość chwili. I pokazało. Jedynie grupka kłopotliwych "fanatyków" wokół krzyża smoleńskiego stworzyła dysonans, przypominając swoją obecnością, że pewne sprawy nie zostały jeszcze załatwione.
Acha... I zdarzyło się jeszcze coś, co wielu uznało za niewybaczalne: prezes PiS, niedawny konkurent zwycięzcy wyborów prezydenckich, nie pojawił się na uroczystości zaprzysiężenia. Jako powód nieobecny podawał względy rodzinne. Miał prawo: żal po śmierci brata, choroba matki, jej cierpienie po śmierci syna... Z drugiej strony jednak lider głównej partii opozycyjnej, polityk pretendujący do miana męża stanu, w końcu mężczyzna... powinien stanąć pogodzić się z faktami i stanąć w ordynku, aby właściwym formom stało się zadość. Powinien? Może powinien, może nie powinien...
Przypomnijmy sobie brutalne ataki i nieczyste zagrania z okresu "niespotykanie spokojnej" kampanii. Toczyła się ona w atmosferze żałoby, toteż metody nie mogły być tak spektakularne jak choćby kampania sztabu Kwaśniewskiego przeciwko Marianowi Krzaklewskiemu, w której użyto bilboardów z hasłem "Krzak". Nawiasem mówiąc obecnie uprawiane draństwo z rekalmami na ruderze hotelu Forum w Krakowie niezbyt sie od tamtej akcji różni.
Ale wróćmy do ostatniej kampanii prezydenckiej. Czyż nie zarzucano Kaczyńskiemu, że chce "grać trumną" brata, podczas gdy jego kontrkandydat w istocie grał nie tylko trumną zmarłego prezydenta, ale i kilkoma innymi, m.in. p. Blidy. Czyż nie zaszntażowano Kaczyńskiego, skłaniając go do niepodnoszenia w czasie kampanii tematu przyczyn katastrofy prezydenckiego samolotu i sposobu prowadzenia śledztwa? Jako człowiek przyzwolity Kaczyński pewnie i tak unikałby tematów związanych z tragedią, ale niemal powszechna nagonka w tej sprawie ruszyła, zanim ostygł wrak prezydenckiego samolotu.
Podczas tej "cichej" i "spokojnej" kampanii sztabowi Komorowskiego nie wypadało psuć nastroju żałoby. Robiły to za niego rozmaite mniej lub bardziej anonimowe postaci z pewnym lubelskim posłem (oby jego imię zostało zapomniane) oraz wspierającym go byłym filmowcem, który sam zszargał pamięć o swojej przeszłości. Dawni mieszkańcy akademików słyszeli o tzw. kocówach... Kilku drabów zaczaja się na nieszczęśnika, zarzucają mu koc na głowę i nic niewidzącemu spuszczają lanie. Tak samo ci dwaj panowie. Na ich cześć poponuję zmienić nazwę tej formy łajdactwa na "palikutzówa"...
A jakie kwestie poruszał lubelski poseł w swoich wystąpieniach? Ano na przykład: Kto ponosi odpowiedzialność za katastrofę prezydenckiego tupolewa? - Odpowiedź: Sam prezydent! Czy prezydent był trzeźwy podczas fatalnego lotu do Smoleńska? Prawdopodobnie nie był! Żeby obalić tę absuradalną tezę, trzeba było się odwołać do protokołu z sekcji zwłok głowy państwa. Nawet chłopcy z Monty Pytona by na to nie wpadli! Nie zapominajmy, że lubelski poseł systematycznie obrażał Lecha Kaczyńskiego i za życia i po śmierci, patronując całemu ruchowi wulgaryzacji dyskursu politycznego. Żeby się lubelskiego łobuza wyprzeć, wystarczyło Platformie ustroić go w szatki błazna, które jako skrzywiony miłośnik Gombrowicza, chętnie dał sobie uszyć, stając się po prostu Pijakiem (to ze "Ślubu").
Ale wróćmy do Jarosława Kaczyńskiego. Czy przyzwoity człowiek, widzac w dniu zaprzysiężenia w Sejmie tę kreaturę, wyfraczoną i odprasowaną, a do tego w sławnych rogowych okularach na nosie, powinien uznać, że tak wygląda standard i że właściwie nie ma w tym żadnej zdrożności? Powinien? Czy powinien fetować ludzi, którzy dla zdobycia i utrzymania władzy posługują się na co dzień podobnym elementem, a kiedy tego nie robią, to i tak nękają politycznych konkurentów wszelkimi dostępnymi metodami? Nie, nie powinien. Żaden przyzwoity człowiek. A ten, którego to wszystko dotyka, ma święte prawo tego nie robić.


Komentarze
Pokaż komentarze