Najgorsza jest pierwsza setka, a później to już z górki.
Tak więc, tym postem kończę pierwszą setkę. Później to już z górki.
Dzisiaj kilka słów o filmie, który tydzień temu przypomniała TV4.
Tak więc, tym postem kończę pierwszą setkę. Później to już z górki.
Dzisiaj kilka słów o filmie, który tydzień temu przypomniała TV4.
Nawet nie pamiętam dokładnie, ile miałem lat, kiedy po raz pierwszy oglądnąłem „Planetę małp”. Niewiele przypominam sobie z tego pierwszego seansu w czarno-białym telewizorze marki Beryl 102. Jakaś niepokojąca muzyka, aktor ze strzałą w krtani, głowa Statui Wolności nad brzegiem morza, no i oczywiście tytułowe małpy Dopiero wiele lat później miałem okazję jeszcze raz obejrzeć film i przyznam się, że ponownie zrobił na mnie dość duże wrażenie.
„Planeta małp” to ekranizacja powieści pod tym samym tytułem, którą napisał Pierre Boulle, autor wcześniejszego o kilka lat "Mostu na rzece Kwai”. Przyznam się, ze książkę czytałem tak dawno i tak niewiele z niej pamiętam, że nie potrafię jej skonfrontować z wersją filmową. Akcja filmu zaczyna się w momencie, kiedy czterech astronautów kończy swą kosmiczną misję. Dowódca, George Taylor – w tej roli Charlton Heston – przygotowując się do lądowania zastanawia się, jak bardzo zmieniła się Ziemia podczas jego misji. Dla niego minęło zaledwie kilka lat, ale na Ziemi minęło kilka stuleci. Ma nadzieję, że ludzkość zmądrzała i nie rozwiązuje swoich problemów siłą (tu aluzja do wojny wietnamskiej).
Taylor zasypia, a statek kosmiczny ląduje. I od razu widać, że coś jest nie tak. Nastrój potęgują chaotyczne zdjęcia i jeszcze bardziej chaotyczna muzyka Jerry'ego Goldsmitha. Trzej astronauci budzą się, do środka kabiny leje się woda, a jedyna kobieta wśród uczestników lotu, na skutek rozhermetyzowania jej kapsuły, zamienia się w mumię, dziwnie niepokojącą przypominającą małpę. Jest 25 listopada 3978 roku. Astronauci wydostają się ze statku, przechodzą przez palącą pustynie i nie napotykając żywej duszy dochodzą do skraju dżungli. Tam natykają się na ludzi, którzy jednak bardziej przypominają zwierzęta – są roślinożerni i nie mówią. „Za pół roku będziemy ich przywódcami” – mówi Taylor, ale za chwilę okazuje się, jak bardzo pomylił się. Rozlegają się strzały, z dżungli wyłania się regularna nagonka, a na ludzi polują... małpy. Taylor gubi swoich dwóch towarzyszy i zostaje złapany.
Trafia do klatki i tam po raz pierwszy spotyka szympansicę Zirę, która jest lekarzem, a wkrótce potem – jej narzeczonego, archeologa – Corneliusa. Na planecie panują małpy i chociaż segregacja rasowa została tam oficjalnie zakazana, to wśród nich każda ma inną rolę do spełnienia – goryle są wojownikami, szympansy – naukowcami, a orangutany, jako kapłani są kastą rządzącą. Taylor ujawnia, że potrafi mówić i przekonuje Zirę i Corneliusa, że przyleciał z innej planety. Trafia za to pod sąd, które właściwie przekształca się w sąd nad Zirą i Corneliusem oskarżonych o herezję i sprzeciwianie się nakazom wiary, według której małpy zostały stworzone przez Boga na swój obraz i podobieństwo, i są naturalnie wyżej postawione od człowieka traktowanego jako zwierzę. Zira, Cornelius i Taylor wraz z Novą (kobietą, która „sprezentowała” Taylorowi Zira) uciekają z miasta do Zakazanej Strefy, w której Cornelius, prowadząc badania archeologiczne, odkrył jaskinię nad morzem z ludzkimi szczątkami. Mają one być dowodem na to, że przed małpami ludzie tworzyli cywilizację o wiele bardziej rozwiniętą, niż społeczność małp. Wykopaliska okazały się prawdziwe, ale nie przyjmuje tego do wiadomości kapłan, dr Zaius, który cytując Święte Zwoje: „Strzeżcie się ludzkiej bestii” twierdzi, że nie zobaczył niczego, co by zmieniło jego zdanie o człowieku. Taylor trzymając na muszce karabinu Zaiusa zabiera konia, zapas jedzenia, karabin i amunicję, i wraz z Novą rusza brzegiem morza. I tam właśnie – widząc ruiny Statui Wolności – przekonuje się, że tak naprawdę wrócił na Ziemię. Człowiek w wyniku wojny atomowej sam siebie zniszczył, a na gruzach ludzkiej cywilizacji powstała cywilizacja małp. Film kończy się sceną, w której Taylor krzyczy: „A więc zrobiliście to, zrobiliście!”.
Film może dzisiaj wydawać się nieco anachroniczny, ale trzeba pamiętać, że powstał prawie 40 lat temu, w 1968 roku. Według mnie broni się dobrą charakteryzacją postaci małp (lateksowe maski pozwalające odwzorować mimikę aktora), plenerami, a także kilkoma zabawnymi scenami (np. pocałunek Ziri i Corneliusa, przestroga Taylora skierowana do młodego szympansa, by nie wierzył nikomu po trzydziestce). No i muzyka – szczególnie w scenie, w której Taylora odnajduje Statuę Wolności. Charlton Heston w kagańcu nałożonym przez małpy dziwnie podobny jest do Hannibala Lectera w kagańcu nałożonym przez ludzi.
Na fali popularności, i co tu kryć, sukcesu finansowego (wydano 5,8 mln dolarów, by zarobić ponad 25 mln dolarów) nakręcono później kolejne części ("W podziemiach planety małp", 1970, "Ucieczka z planety małp", 1971, "Podbój planety małp", 1972, "Bitwa o planetę małp", 1973), a także serial telewizyjny „Planeta małp”, 14 odcinków, 1974). Trzeba jednak przyznać, że te sequele nie dorównywały pierwszej części cyklu. Charlton Heston, chcąc uniknąć konieczności występowania w kolejnych odcinkach, wymusił śmierć swojej postaci w zakończeniu "W podziemiach planety małp".
Jednak pewnie większości czytelników tych słów „Planeta małp” kojarzy się z filmem Tima Burtona z 2001 roku. Mnie, szczerze mówiąc ten film nie zachwycił i mimo niezłej scenografii, i przewrotnego zakończenia, nie pobił swego pierwowzoru z 1968 roku.
Tylko nadal nie wiem, dlaczego zachowałem w pamięci przebitą strzałą krtań Charltona Hestona? W filmie został postrzelony. Może skojarzyło mi się to z papierowymi samolocikami, które Taylor puszcza, by udowodnić małpom, że człowiek potrafił zbudować latające maszyny?
No cóż, pamięć potrafi płatać niezłe figle.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)