Polska jest krajem dzikim, wyznał szczerze ( in wino veritas) eks-minister. Mniej otwarcie to samo głosi panujący nam bardzo łaskawie Premier, podkreślając swoją niesłabnącą wolę modernizacji dzikiego kraju.
Ja, jako tubylec, biała odmiana Murzyna, nie lubię być cywilizowany. Do swojej dzikości się przyzwyczaiłem. Z modernizacjami w dziejach świata też różnie bywało. Sprawdzała się zazwyczaj modernizacja powodowana ludzkimi potrzebami. W Anglii początku XIX w. potrzebą było przewiezienie najtaniej i najszybciej węgla z kopalni do portu. W efekcie równocześnie wprowadzono dobre drogi (makadamy), kolej żelazną i kanały żeglowne. W Iranie w XX w. modernizacja polegać miała na wyposażeniu szacha we flotyllę limuzyn; i to skończyło się rewolucją. Można zatem sformułować teorię: modernizacja ma sens gdy poprawia warunki życia i pracy ludzi; nie ma sensu gdy nastawiona jest na zmienianie ludzi.
W PRL narzędziem modernizacji był partyjny aparat. Partie zazwyczaj przechodzą stałą ewolucję. Na początku o coś im chodzi, mają swoich zwolenników i aktywistów. Potem partie krzepną, wyraźny jest podział na liderów, działaczy, członków i sympatyków członka. Nasycony sympatyk członka staje się elektoratem. Działacz potrzebuje z czegoś żyć, przekształca się w aparatczyka. Elektorat przydatny jest raz na cztery lata, podczas wyborów. Członek nie aktywny jest zbędny. Partia zaczyna funkcjonować przez aparat dla aparatu. Demokracja partyjna to władza aparatu, przez aparat dla aparatu; i lepiej być nie może.
Aparat jest źródłem kadr. Nie powinno nas dziwić, że mili chłopcy z biur poselskich awansują na posady dyrektorów lub prezesów. Są oni na tych nowych funkcjach gwarantami wpływu partii. Partia jest mądra mądrością zbiorową, widoczną w oczach lidera; aparatczyk nie ma problemu z przekwalifikowań się z wiceprezesa od śmieci na dyrektora agencji rolniczej; przy okazji jeszcze zdąży ponadzorować budownictwo mieszkaniowe. Nomenklatura to sztuka kreowania ludzi wszechstronnych, nie obawiających się żadnej wysokiej posady.
Nomenklatura partyjna była zmorą PRL. Dla wzrastających patałachów z partyjnego aparatu mnożono stołki barowe, tworzono zjednoczenia, resorty, centralne instytucje. Zasada partia kieruje, rząd rządzi, powodowała, że nikt nic nie wiedział. Kto odpowiadał za produkcję samych lewych butów – dyrektor z nominacji, czy nominujący go aparatczyk - sekretarz partyjny ? Winien był ogólnie ustrój, czyli nikt konkretnie. Grunt, że nas zmodernizowano.
Po dwudziestu latach budowania demokracji nasz nowy system okrzepł. Demokracja jest dziś konkurencją między różnymi aparatami różnych partii, prowadzoną technikami multimedialnymi. Szorują nam mózgi szarym mydłem, wciskają kit w uszy, zatapiają wodosłowiem, byśmy tylko wybrali modernizowanie przez nomenklaturę partii A zamiast modernizacji przez aparat i nominantów partii B.
I po co nam to ? Czy o taką Polskę bito się pod Grunwaldem ?
Dajcie mi święty spokój. Pozwólcie mi być dzikim tubylcem w dzikim kraju hołdującym staroświeckim przesądom o uczciwości, fachowości, bezinteresowności jako cnotach obywatelskich.
104
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (4)