„Do socjalizmu droga Polaków poprzez więzienie wiedzie z pustaków” - mówił Gnom w klastycznym utworze Janusza Szpotańskiego. Nam po dwudziestu latach budowania kapitalizmu pozostały jeszcze nie tylko więzienia, ale i szkoły z pustaków. Od dwudziestu lat każdy kolejny rząd podkreślał znaczenie inwestowania w edukację, jako najlepszej inwestycji w przyszły rozwój. I mimo słów, blisko 15% szkół publicznych nie posiada nawet toalet spełniający standard techniczny; papieru zaś permanentnie brakuje w ponad połowie tego typu przybytków. O merytorycznej jakości programów szkolnych nie wspomnę, bo uzasadnia ona wspomniany brak papieru toaletowego.
Szkoły zżera grzyb, pochodna dziurawego dachu, nie osuszą go ciepłe słowa wsparcia. Każdy bowiem u nas kocha i wspiera szkołę, tyle, że prawie prawie każdy organ publiczny chciałby ale nie może. Ministerstwo wskazuje, że za utrzymanie szkół odpowiadają samorządy. W samorządach mamy wśród radnych nadreprezentacje nauczycieli, ale i oni są bezradni bo pieniędzy brak.
Fakt, jak policzyć, coś tu nie gra. W 1995 r przekazywana samorządom subwencja pokrywała ponad 95% wydatków gmin na edukacje. W 2009 r. subwencja to jedynie niecałe 80% wydatków na ten cel gmin i powiatów. W 1995 r środki przekazywane przez gminy szkołom pozwalały nie tylko utrzymać szkołę, lecz i przeprowadzać drobne remonty. W 2009 r w większości samorządów ponad 90% przekazywanych do szkół środków to wydatki płacowe. Brak jest nie tylko na remonty, ale i na ogrzewanie, sprzątanie i wspomniany papier toaletowy. Nieliczne gminy stać na finansowanie dodatkowych zajęć wyrównawczych czy uzupełniających. Przeciwnie, wprowadzane oszczędności prowadzą do likwidacji funkcji wychowawczych szkoły, a pośrednio ograniczają równe szanse dostępu do edukacji.
Nie stać nas nawet na zdiagnozowanie stanu. Jeden minister odwołując się do prywatnych doświadczeń i informacji z „sufitu” chciał łączyć gimnazja ze szkołami podstawowymi; drugiemu serce podpowiada złączenie z liceami. Ministerstwa poprzez kuratoria dzielnie broniły likwidacji „nierentownych” szkół; jednocześnie naliczając subwencję w sposób utrwalający ich deficytowość. Patrząc na efekty – minister nie ma zielonego pojęcia ile kosztuje koszt kształcenia jednego ucznia. Nie ma zielonego pojęcia, czy ten uczeń próbuje się uczyć w klasie 25—osobowej czy 35 – osobowej. Zna liczbę pracowni komputerowych ( bo tu były centralne programy), ale nie wie ile budynków szkolnych powinno być zamkniętych ze względu na stan techniczny.
Minimum obowiązków Ministra Oświaty to dokonać diagnozy rzeczywistego stanu edukacji, tak pod kątem bazy jak i efektów nauczania. Minimum obowiązków to w oparciu o istniejący stan ustalić podstawowe standardy, poniżej których żaden organ prowadzący szkołę nie może zejść. W tych standardach powinna być określona maksymalna liczna uczniów w oddziale szkolnym, ilość etatów nauczycielskich na oddział oraz powiązanie tej ilości etatów z podstawą programową. Standardy powinny także wymuszać jakość bazy edukacyjnej, mówić o minimalnych wymogach pracowni szkolnych czy zaplecza do wychowania fizycznego.
A co dla samorządów najważniejsze – standardy takie powinny być podstawą naliczania subwencji edukacyjnej. Powinny być gwarancją, że wszędzie – w bogatej i biednej gminie – każdy uczyć ma gwarantowany, równy, podstawowy dostęp do szansy edukacyjnej. Tam, gdzie gminy i powiaty stać – tam mogą finansować wyższą jakość. Ale nawet w tej najbiedniejszej wsi, nawet w mieście zniszczonym dużym bezrobociem, nawet tam gdzie diabeł mówi dobranoc, dzieci muszą mieć zagwarantowane przez państwo prawo do dobrej edukacji.
I to jest ten minimum obowiązków ministra. Każdego ministra.
58
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze