Gdyby nie zbędny balast w postaci dzieci i młodzieży nasza edukacja rozwijałaby się w tempie szybszym niż gospodarka Chin. Niestety, zawsze się musi coś przypałętać; a to chorzy włażą do szpitali, a to dzieci do szkół.... Pomimo tych utrudnień podkreślić należy konsekwentną politykę MEN (bez względu na osoby sprawujące funkcję ministra), jako resortu troski o dobro nauczycieli.
Podstawowym zadaniem MEN jest uzgadnianie ze związkami zawodowymi zasad zapewniających dobre warunki pracy nauczycieli. Słusznie tu zauważono, że ryby i dzieci nie głosują. Ponieważ rząd ma dobre chęci, ale nie ma pieniędzy, część kosztów dobrych uczynków na rzecz nauczycieli zrzuca się na samorządy.
I takim właśnie wstępem należy poprzedzić planowane i zapowiedziane przez wiceminister Krystynę Szumilas rozporządzenie, które na samorządy scedować ma ustalanie maksymalnej i minimalnej liczby uczniów w oddziałach szkolnych. Sęk w tym, że samorządu z przymusu rzeczywistości już to robią; a uważają, że robić to powinno ministerstwo. W czym, bowiem, problem ? Po pierwsze: w domniemaniu, że równość szans startu nie powinna być zależna od miejsca zamieszkania, zatem rząd powinien gwarantować równy, podstawowy standard usług edukacyjnych w całym kraju. Po drugie: ta gwarancja powinna mieć wymiar finansowy, zatem pokrywana powinna być środkami subwencji oświatowej przekazywanej samorządom z budżetu państwa. Po trzecie: ta gwarancja ma być realna, podstawowy standard edukacji ma odzwierciedlać możliwości finansowe państwa.
MEN narzuca program nauczania wymagający określonej liczby godzin nauczania poszczególnych przedmiotów. Koszt realizacje tego programu zależna jest od pensji nauczyciela (ustalanej centralnie w wyniku porozumienia ministerstwa ze związkami zawodowymi) i od liczby kształconych. Inny jest więc jednostkowy koszt nauczania jeśli oddział szkolny liczy 30 uczniów, inny gdy liczy 20. Pensje nauczycieli i ich liczba wynikająca z konieczności realizowania programu , to zmienne niezależne od samorządu. Samorząd poprzez organizację sieci szkół ma wpływ na trzeci czynnik – liczbę uczniów w klasie.
Można tu dyskutować, w jakim stopniu ten czynnik decyduje o jakości nauczania. Pamiętam, że za Gomułki klasy szkolne liczyły po 40 uczniów (pensum nauczyciela 48 godzin tygodniowo) a mimo to wykształceni wówczas ludzie są dziś dobrymi naukowcami czy ministrami. Ale jeżeli nawet ten czynnik uznajemy za dyskusyjny, i tak obowiązkiem rządu jest zagwarantowanie tu podstawowego standardu. Nie może być tak, że dopuszczamy w zależności od zamożności gminy naukę w klasach 20 osobowych w Warszawie i 40 osobowych w gminie Wilków. Oczywiście, każda gmina może z własnych środków podwyższać swój standard (utrzymać małe klasy lub finansować nadprogramowe lekcje); ale to podstawowe minimum powinno być wszędzie zagwarantowane.
Obecnie subwencja przekazywana samorządom pokrywa ok 80% wydatków bieżących. Standard zatem pokrywany subwencją zakłada naukę w klasach 35-40 osobowych. Rząd zatem powinien przyjąć na siebie odpowiedzialność ogłaszając, że to jest standard na jaki stać państwo. Jeśli to jest poziom żenujący jak na XXI w., w rękach rządu są możliwości zmiany. Może zwiększyć subwencje oświatową lub zwiększyć pensum pracy nauczycieli...Może także „odchudzić” programy redukując tym samym liczbę godzin pracy wymaganą przy ich realizacji. Ma innymi słowy wpływ na różne czynniki, poprzez które może zapewnić godziwy poziom edukacji.
Jedno wydaje się pewne – rząd nie ma prawa uciekać od odpowiedzialności. Stworzenie równych szans edukacyjnych to podstawowy obowiązek państwa. Nie można udawać, że tego nie ma przerzucając na innych koszt własnych zaniechań.
68
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (6)