Polska biedna, Polska bogata....Widoczny jest proces wzrostu różnic w dochodach miast, a tym samym różnic w poziomie życia mieszkańców. Przyjmując optymalny kierunek rozwoju kraju, warto także zwrócić uwagę na różnice odzwierciedlane wskaźnikami demograficznymi.
Po 1990 r zahamowany został proces urbanizacji. Poprzednio, od 1946 r widoczny był stały wzrost mieszkańców miast, z 34% do 50% w 1966 r, a następnie do 62 % w 1991 r. I ten poziom 60-62% utrzymany został przez kolejne lata. W ciągu ostatnich dziesięciu lat liczba mieszkańców miast zmniejszyła się o 634 tys; mniej więc ubył nam jeden Wrocław. W tym samym okresie (1998-2008) przybyło 103, 5 tys mieszkańców wsi.
Ten ubytek rozkładał się w sposób zaskakujący. Zwiększyła się liczba mieszkańców miast małych, do 20 tys mieszkańców; przybyło tu (w latach 1998-2008) 128 tys osób. W 636 małych miastach mieszkało w końcu 2008 r – 4,9 mln ludzi. W miastach średniej wielkości (20-100 tys) ubytek wyniósł 219 tys, przy ogólnej liczbie 7,4 mln mieszkańców w 145 miastach. W dużych miastach, w których mieszka 10,9 mln ludzi, ubyło 542 tys.
W dużych miastach występuje niski przyrost naturalny; od wartości ujemnych (-5,5 w Łodzi, -2,8 w Katowicach), po stagnację na poziomie bliskim zera. W większości dużych miast odnotowano w ostatnich latach ujemny wskaźnik migracji (wskaźnik ten nie obejmuje precyzyjnie wyjazdów czasowych za granicę). Nie nastąpiło, wbrew obawom, poważniejsze zróżnicowanie tempa wzrostu (spadku) demograficznego po wprowadzeniu reformy administracyjnej. Nowe stolice województw odnotowały w latach (1998-2008) 0,7% spadek mieszkańców, przy 3,6% spadku w byłych miastach wojewódzkich. Lecz i ten przyrost nie zależał wyłącznie od statusu administracyjnego. Warszawa i Kraków utrzymywały w latach 2007-2008 dodatnie wskaźniki przyrostu naturalnego i migracji, Wrocław – niestety – nie. Rzeszów miał w tych samych latach najwyższy przyrost naturalny – 3%; wyraźnie wyludniały się Katowice i Łódź.
Nie da się udowodnić, że ten wynik demograficzny jest efektem przemyślanej strategii. Prawidłowością jest wyższa migracja na obszary otaczające duże miasta. Powodowane jest to zarówno przeprowadzkami ludzi z metropolii na wiejskie tereny podmiejskie, jak i traktowaniem - przez przybyłych do pracy w wielkich miastach - owych miast i miasteczek jako „tańszej sypialni”. Tradycją jest także większy przyrost naturalny na obszarach wiejskich i w mniejszych miastach; rekordzistą tu było w 2008 r miasto Szlichtyngowa w woj. lubuskim (przyrost 13,1 na 1000 mieszkańców). Ale tej tradycji zaprzeczają przykłady równie rekordowych spadków przyrostu (Iwonicz-Zdrój: -21,8, Myszyniec: -18,8, Chorzele: -16,4).
W sumie mamy obraz stagnacji. Bariery „wejścia” w tym cena i dostępność mieszkań, ograniczają migrację wewnątrz kraju. Duże miasta nie są wstanie wchłonąć nadwyżki zbędnych na swoim terenie zasobów ludzkich, stąd przejściowe okresy deficytu pracowników na obszarach szybszego wzrostu, przy jednoczesnym utrzymywaniu się wysokiego bezrobocia na innych zaniedbanych terenach.
Wprowadzane w ciągu ostatnich kilku lat formy polityki prorodzinnej, nastawionej na poprawę wskaźników demograficznych, przygotowywane były w sposób oderwany od zróżnicowania regionalnego. Są więc tylko i wyłącznie potwierdzeniem rozbieżności ujawniających się w zderzeniu polityki sektorowej z polityką rozwoju regionalnego. Innymi słowy – w każdej przestrzeni życia publicznego centralizm jest szkodliwy; zamiast rozwiązywać problemy sam staje się problemem.
O tym też pamiętajmy dyskutując o kierunkach rozwoju naszego państwa.
339
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (3)