Kosztując smakowitą czereśnie odkrywałem, że biedni pozostaną biednymi, bezradni bezradnymi, a nasze państwo konserwuje ten stan. A było to na Dolnym Śląsku, gdzie znajduje się blisko dwukilometrowa aleja czereśniowa.
Aleja jak z marzeń łakomczucha. Rosłe drzewa czereśni wyznaczały szpalerem trasę, na każdym z drzew owoce wielkości orzechów, prawie przejrzałe, rozsadzane słodkim sokiem, kusiły niczym Zuzanna starców. Skuszony nie myśli, pochłania słodycz natury, plamiąc krwistym sokiem podkoszulek i brodę. Na jednym tylko drzewie było tego dobra nie-do-przejedzenia, skromnie szacując ze 100 kg. W moim najedzonym organizmie obudził się duch kupca częstochowskiego. W moich stronach czereśnie poniszczyły mrozy, cena kiepskich owoców na targu sięgała 15 zł. Licząc więc najostrożniej zbiór z jednego tylko, spośród kilkudziesięciu drzew, dałby przychód ponad 1000 zł.
A tam, gdzie rosły bajeczne czereśnie, strony biedne, wysokie bezrobocie, wegetacja rodzin za kilkaset złotych. Czemu więc nie przyjdą tu biedni i nie zerwą owocu, zarabiając na łakomstwie bogatszych ?
Ta prosta myśl zderza się z realiami, które poznali już biedni. Czereśnia jest „państwowa”, „państwo” można łatwo okraść, bo nie dba o swoje; ale z „państwem” biedny interesu nie zrobi. Chcąc być w porządku trzeba znaleźć właściciela drogi, do której przynależą czereśnie. Może tego właściciela reprezentować urzędnik gminy, starostwa, województwa... Kto by się wyznał. Gdybyśmy znaleźli cudownym zrządzeniem kompetentnego reprezentanta właściciela, to co dalej. Zaproponujemy układ: połowa dochodu dla niego, połowa dla nas...Tak się daje łapówki, ale nie zawiera umowy z państwem. Więc jak skłonić urząd, by i państwo i obywatel solidarnie zarobili na smacznych owocach. Czas na przekonanie jest ograniczony poprzez konkurencję lekceważących przepisy prawa szpaków.
Chcąc wejść w legalny interes z państwem trzeba zmienić swój statut z bezrobotnego w przedsiębiorcę. A na to tylko szaleniec się zdecyduje. Czereśnie owocują raz do roku; podatki i ubezpieczenie płaci się na okrągło. A na czym taki przekształcony z bezrobotnego na przedsiębiorcę mieszkaniec dolnośląskiej wsi ma, prócz czereśni, zarabiać... Jak, przy tym, jeszcze pomyśli człowiek o rozliczeniu VAT-u, o tych długich i nieczytelnych formularzach, brrr... traci się apetyt.
Człowiek tutejszy jest na swój sposób mądry, choć nie zawsze wykształcony. Mądrość i doświadczenie podpowiadają, że najwygodniej chodzi się znaną drogą. Od lat jest przetarta i rozpoznana droga do pomocy społecznej. Wiadomo, do kogo i gdzie uderzyć, wiadomo już coś się należy, a co można spróbować nadto wyrwać. Z czereśni ma się może i 1000 zł, ale jednorazowo. Z pomocy przy odpowiednim zakręceniu to i więcej miesięcznie się wyciśnie. Bo to i na opał, na żywność, na podręczniki szkolne, na buty...Pozyskiwanie jak najwyższych dochodów z pomocy społecznej też jest pracą świadczącą o przedsiębiorczości i kompetencji beneficjanta. Ale tu ten beneficjent porusza się po znanym terenie, wykonuje wyuczoną pracę, czasem przekazywaną z pokolenia na pokolenia.
A czereśnie ? No, może jak miejscowi znajdą chwilę wolnego między staniem po zasiłek, a robotą na czarno dla sąsiadów; wpadną tu, na tę bajkową alejkę, zerwą trochę i upieką przepyszny placek czereśniowy....
Czereśnia jest „państwowa”, pomoc społeczna też. Tylko co łatwiej legalnie zrywać....
81
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (1)