Każdy rząd kocha dzieci. Kocha je każdy polityk. Z miłości do dzieci powstają różnorodne programy i ustawy chroniące dzieci przed przemocą w rodzinie. Działa także rzecznik praw dziecka. I świętuje się Dzień Dziecka.
Rząd (każdy) współczuje także biednym. Zwłaszcza tym, którzy sobie sami nie radzą. Jak ktoś zarabia powyżej wyznaczonego prawem limitu przestaje być obiektem litości rządu. Jeśli dochód na osobę w rodzinie przekroczy 504 zł na osobę; rodzina ta uchodzi w oczach władzy za bogatą i dzieci tracą prawo do rządowej miłości (czyli zasiłku). W ten sposób dzięki utrzymaniu od 2004 r niezmienionej wysokości kryterium dochodowego prawo do zasiłków – jak wyliczyła „Gazeta Prawna” - utraciło 2,8 mln dzieci.
Można powiedzieć, w czym problem... Zasiłki nie są imponującej wysokości (od 68 dla maluchów do 98 na studentów), w dodatku jest inna forma pomocy - ulgi prorodzinne. A poza tym, to nie rząd zrobił dzieci, przyjąć tu trzeba odpowiedzialność indywidualną... Gdyby politycy mieli więcej odwagi ogłosili by zmianę zasad polityki społecznej. Wspieranie dzieci poprzez ulgi prorodzinne ma sens, lecz oznacza to w praktyce zwiększanie wysokości wsparcia w zależności od rosnących dochodów. Innymi słowy bogatsi zyskują więcej. Ma to swoja logikę, powinno nam zależeć by w rodzinach bogatszych przybywało dzieci.
Ta zmiana mieści się w promowanych przez ostatnie lata zasadach polityki podatkowej. Od pięciu lat realnie najwięcej korzystali na obniżeniu podatków ludzie z wyższymi dochodami.
Zamrożenie od sześciu lat kwoty 504 zł decydującej o przyznaniu zasiłku jest świadomą hipokryzją.
Wyobraźmy sobie, że w imię oszczędności na ten sam czasu zamrożono by progi podatkowe. Była taka próba, ku uldze większości odmroziła owe progi pani minister Zyta Gilowska. Nikt też nie ośmieliłby się na dłuższy okres zamrozić wysokości rent czy emerytur. Przeciwnie – ustalono tu sposób rewaloryzacji nie licząc się z możliwościami finansowymi państwa. Świadomie zatem wybrano drogę szukania oszczędności tam, gdzie potencjalny opór społeczny jest najmniejszy. Łatwiej odmówić dziecku cukierka, niż dorosłemu ( np. rosłemu górnikowi) pół litra.
Gdyby politycy byli odważni – zlikwidowaliby zasiłki dla dzieci. Brak odwagi prowadzi bowiem do utrwalania patologii. Progi uprawniające do otrzymywania pomocy ustalono tak, by ludzi biednych zniechęcić do samodzielnych prób wyjścia z biedy. 80% beneficjentów różnych form pomocy (od dodatków mieszkaniowych po zasiłki dla dzieci) nie pracuje. Nie pracując, z różnych form pomocy można uskładać dobrą pensję (dobrą dla osób bez kwalifikacji i doświadczenia). Nie dziwmy się więc, że w Polsce wskaźnik naturalnego bezrobocia (oszacowana wielkość ludzi, którzy nie maja zamiaru pracować) przekracza 5%.
Politycy nie lubią dzieci. Lubią klientów, biernych ale potulnych. Dlatego podtrzymują stan wegetacji bezradnych ofiar gospodarki rynkowej. Przed silnym lobby grupowym ustępują ze skulonym ogonem. Płacą za ubezpieczenie zdrowotne posiadacza 2 000 ha, płacą na emerytury młodych policjantów i górników.
Koszt tej dobroczynności ponoszą ludzie zarabiający poniżej średniej płacy, a powyżej minimum uprawniającego do form pomocy społecznej. Łatwo policzyć – suma korzyści uzyskanych dzięki obniżeniu podatków i składki rentowej dla osoby zarabiającej 2,5 tys zł miesięcznie – ok 30 zł miesięcznie. Utracony, przez przekroczenie progu, zasiłek na dwójkę dzieci – 136 zł.
Nie wiem tylko, czy to nazywa się liberalizmem czy solidarnością społeczna. Wybór określenia zależy, który rząd panujący między 2004 a 2010 r, uznamy za odpowiedzialny za ten stan rzeczy.
47
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze