Kobiety w samorządach, ten obraz budzi pozytywne skojarzenia. Trudno zapomnieć, ile zawdzięcza Gdynia (i cała Polska ) Franciszce Cegielskiej. Nazywana „żelazną Franką”, prawdziwa dama potrafiła facetom pokazać, co to znaczy konsekwentnie realizować wybraną wizję rozwojową. W tym samym czasie, gdy pani Franciszka z północy była wzorcem mądrego zarządzania, rozkwitła na wschodzie sława specjalistki od finansowania samorządów, przewodniczącej lubelskiego sejmiku Zyty Gilowskiej.
Superwójtem, wielokrotnie nagradzanym w konkursach na najlepszego samorządowca jest Małgorzata Węgrzyn z Kluczy. Rządzi ona swoją Pustynią Błędowską i okolicami od ponad 20 lat, i robi to bardzo dobrze. Niemniej znana jest Maria Bałtycka – Wąsik, wprowadzająca kobiece rządy w Lesznowoli. Wspomnijmy jeszcze Jolantę Piotrowską z Giżycka, prezydenta Zabrza Małgorzatę Mańka-Szulik (umiejętnie sprząta po męskich skandalach i zaniedbaniach), byłą „królową” Zielonej Góry Bożenę Runowicz... Łódź byłaby innym miastem, gdyby nie indywidualność Elżbiety Hubner. Od sołtysa Kamienia Śląskiego (pierwsza polska wieś wyróżniona w europejskim konkursie Odnowy Wsi) Bronisławy Kałuży każda wiejska społeczność powinna się uczyć, jak troszczyć się o ład, czystość i porządek.
Nawet w Warszawie, tej naszej stolicy, kobieca ręka wygląda na sprawniejszą od męskiej. Godną przeciwniczką Hanny Gronkiewicz – Walc może być Joanna Kluzik – Rostkowska lub Elżbieta Jakubiak; porównywalnych do nich facetów nie widać na horyzoncie.
Oczywiście, nie płeć decyduje, lecz osobiste przymioty wymienionych pań. Nie jestem zwolennikiem determinizmu biologicznego, sama płeć, jak i rasa czy kolor oczu nie czynią z człowieka geniusza. Dobre przykłady mają jednak swoją wartość, zachęcić mogą kolejne uzdolnione panie do angażowania się w życie publiczne swoich wspólnot. I to angażowanie się w roli dalekiej od stereotypu „paprotki” czy „aniołków Grzegorza”.
Ceniąc damski wkład, jednocześnie z całą mocą, akcentując to nawet biciem pięścią w stół, będę głosił „nie” - parytetom. Zgoda na parytet jest bowiem zgodą na system, w którym zamiast społeczności lokalnej centralne kierownictwo partyjne wybiera „demokratyczną reprezentacje”. Jest mi wszystko jedno, czy lider partyjny zgodzi się na 30 % czy 50% udział pań w mojej radzie miasta. Chcę bowiem, by ten lider z Warszawy zajmował się sprawami stolicy, a odczepił się od Częstochowy.
Uważam, że tylko wprowadzenie ordynacji większościowej i jednomandatowych okręgów wyborczych w samorządach wszystkich szczebli wyzwoli wspólnoty z partyjno-centralistycznego nadzoru.
Nie chcę parytetów i nie chcę partii w samorządach. W bezpośrednich wyborach większość wspólnot gminnych wybiera bezpartyjnych wójtów, burmistrzów i prezydentów; wybiera facetów i damy, wybiera tych, których uważa za najlepszych. Wybór ten nie zawsze jest idealny; wolność wyboru to także prawo złego wyboru. Jeden polepszy, inny spiepszy, jak to w życiu. Zakładając nawet ryzyko błędu i tak, dla ogółu, lepsza jest wolność wyboru, niż rezygnacja z niej na rzecz mądrości zbiorowej partyjnego aparatu.
Niech żyją kobiety, lecz nie parytety ! Życzę paniom wygranej w wyborach w większości gmin. Życzę by ten sukces był dowodem uznania społeczności dla ich kompetencji. By nikt nigdy im nie zarzucił, ze awans swój zawdzięczają łasce facetów-liderów, zgadzających się by parytetem wdrażać równouprawnienie.
77
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (1)