Dwukrotnie w ostatnich dniach na łamach GW pojawiała się sugestia: Przy takich notowaniach jak dziś samotny Sojusz miałby tylko... jednego europarlamentarzystę. Na Śląsku. Można sobie poczytać tu i tu. Taka informacja towarzyszyła sugestii, że SLD powinno stworzyć wspólną listę z drugą z sił aspirujących do miana lewicy.
Zaciekawiony, postanowiłem to sprawdzić. Wziąłem ostatnie wyniki sondaży z czterech ośrodków i ich średnią. Efekt - podział mandatów w PE na takiej podstawie - wygląda tak:
W żaden sposób jednego mandatu dla SLD tu nie widzę (czerwone słupki). Gdzieś to oscyluje wokół ostatniego wyniku, gdy SLD zdobył 7 mandatów rozrzuconych po jednym w większych okręgach.
Ktoś najwyraźniej nie wziął pod uwagę, że w wyborach europejskich mandaty dzielimy najpierw w skali kraju. Stąd też nie ma problemu naturalnego progu wyborczego, który faktycznie mógłby być barierą dla partii tej wielkości, gdyby mandaty były dzielone w okręgach. Nie ma też zatem żadnej nagrody dla zwycięzcy ani też matematycznej "nagrody integracyjnej", którą partie dostawałyby, gdyby połączyły swe siły. Stąd wspólny start SLD i RPl (różowe słupki), który matematycznie mógłby namieszać w wyborach sejmowych czy sejmikowych, akurat w eurowyborach nic nie daje. Liczba zdobywanych mandatów po połączeniu sondażowych wyników obu partii się nie zmienia.
820
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (5)