0 obserwujących
71 notek
89k odsłon
65 odsłon

Cisza trwa, więc o wyborach przez internet

Wykop Skomentuj19

Ponieważ moja aktywność na blogu jest mocno... hmmm... nieregularna, szukałem sposobu na zmuszenie się do regularnego pisania. Wygląda na to, że Życie Warszawy będzie w miarę regularnie publikować moje felietony na sobotnich kolumnach działu opinie (dziękuję redakcji), więc ja pozwolę sobie na regularne wykorzystywanie ich tutaj w rozszerzonej i mniej formalnej wersji. Dziś o jednym z ulubionych tematów gatunku political fiction - wyborach przez internet. Nabijał się już z tego bezlitośnie Vagla donosząc, że "polscy internauci chcą, by powstała polska placówka dyplomatyczna na Marsie".

Wybory przez internet to piękna wizja. Siedzimy przed komputerem w dowolnym miejscu na świecie, wchodzimy na stronę Państwowej Komisji Wyborczej, WYBIERAMY naszego posła i... mamy nadzieję, że nasz głos zostanie prawidłowo policzony. To wizja tak piękna, że politycy od lewa do prawa prześcigali się w mamieniu nią wyborców, szczególnie tych za granicą. Trwa cisza wyborcza, więc nie podam nazwisk, ale każdy może sobie to znaleźć w sieci. Wybory przez internet są cool: nowoczesne jak diabli, praktyczne jak cholera i w przemówieniach polityków zawsze znacząco zwiększające wyborczą frekwencję.


Jest z nimi tylko jeden kłopot: wybory mogą być albo przez internet, albo demokratyczne. W chwili obecnej wybory przez internet dla demokracji są wyłącznie zagrożeniem. Ostrzegają przed tym specjaliści tacy jak profesor Kutyłowski, alarmują organizacje społeczne zajmujące się internetem takie jak Internet Society Poland. Nie wynika to ani ze złej woli, ani z niechęci do nowości. Ostrożność powodowana jest troską o stan fundamentów demokracji, jakimi są wybory, i głębokim zrozumieniem natury medium, jakim jest internet.


Nie trzeba być specjalistą, by problem zrozumieć. Wybory parlamentarne w Polsce są pięcioprzymiotnikowe: tajne, równe, powszechne, bezpośrednie i proporcjonalne. Tymczasem nie ma możliwości technicznych przeprowadzenia wyborów przez internet, tak aby były zarazem tajne i równe. Mamy bowiem tylko dwie możliwości: jeśli zachowujemy informację, jak głosował każdy obywatel, żegnamy się z tajnością wyborów, ale mamy przynajmniej weryfikowalne wyniki. Tak działa bankowość internetowa – w każdej chwili można sprawdzić, czy nie wystąpił błąd systemu albo manipulacja. Jeśli nie zachowamy tej informacji, mamy wybory tajne, ale żegnamy się z możliwością sprawdzenia poprawności zliczania i procedur. Programy komputerowe się mylą, o czynniku ludzkim nie wspomnę. Chyba nie trzeba nikogo przekonywać, że pozostawienie pełni kontroli nad procesem wyborczym w rękach wąskiej i niekontrolowalnej administracji nie jest najlepszym pomysłem, prawda?


Nie ma idealnych systemów wyborczych, ale obecny – oparty na mężach zaufania, w każdej komisji czuwających nad poprawnością zliczania głosów i pełną jawnością całego procesu – przynajmniej jest w ogromnym stopniu odporny na nieprawidłowości. W przypadku wyborów przez internet będziemy się musieli z tym pożegnać.


Co innego wybory wspomagane elektronicznie (w lokalach wyborczych stoją terminale, wyniki z komisji są przesyłane w formie elektronicznej). To sprawa jak najbardziej realna, bo ciągle istnieje społeczna kontrola nad procesem, a KAŻDY ODDANY GŁOS pozostawia ślad na papierze. Wybory przez internet to nader ryzykowne przedsięwzięcie.


Pouczający może być tutaj przykład Estonii, która wybory przez internet już wprowadziła. Po pierwsze – zrezygnowano z tajności wyborów (zapewniając co prawda pewną anonimowość, ale sposób rozwiązania tego problemu wzbudził kontrowersje), a po drugie – wyposażono ponad 80 proc. obywateli w specjalne, cyfrowe dowody osobiste umożliwiające głosowanie. Przez internet zagłosowało... 3,5 proc. wyborców. Opowieści o radykalnym zwiększaniu frekwencji można włożyć między bajki.


Jeśli więc natraficie na petycję, taką jak te zrobione przez stowarzyszenie Polska Młodych lub Fundację im. Pułaskiego, bardzo proszę, zignorujcie ją. Politycy obiecają nam wszystko, co chcielibyśmy usłyszeć, potem znajdą się firmy, które to zrealizują i przekażą politykom „klucze do rakiet”. Utratę wolnych wyborów wpisze się w koszty.

Dociekliwym polecam lekturę pełnego raportu na stronie http://isoc.org.pl/.

Wykop Skomentuj19
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale