Dariusz Ged
Nikt mi nie płaci, czyli notki bezwartościowe?
10 obserwujących
93 notki
65k odsłon
835 odsłon

Ilu Polaków wierzy... w oszczędzanie?

Wykop Skomentuj19

Przy okazji świąt i majstrowania przez kolejny rząd przy OFE warto poruszyć kwestię powszechnej wiary Polaków w sens oszczędzania na emeryturę od najmłodszych lat. Za rozpropagowanie tej niemal religii stoją oczywiście banki i rządy, które wespół stworzyły wspólne ołtarze ofiarne, czyli właśnie wspomniane "Otwarte Fundusze Emerytalne". Przyznam szczerze, że będąc jeszcze młodziutki, dawałem też się nabierać nieco na tego złotego cielca. Lubiłem patrzeć w tabelki exela i przyglądać się kwotom, jakie rosną po 30 lub 40 latach odkładania pewnych kwot na odpowiedni procent. Dałem się namówić na odbycie szkolenia i uzyskanie uprawnień do naganiania wiernych dla nowej religii. W tym samym momencie przejrzałem ich niecny plan, i zdając sobie sprawę, że OFE nie gwarantuje wzrostu gromadzonego kapitału, a jedynie prowizje dla nowych kapłanów, środki mogą leżeć i marnieć wobec inflacji, a nawet przepaść, bo jest ryzyko, jest zabawa. Nie podjąłem próby zwerbowania ani jednego klienta, bo nie mam sumienia wciskania czegoś, czego sam bym nie kupił. Kasa na szkolenie była moją lekcją i stratą finansową za młodzieńczą naiwność.

Od samego początku było wiadome, że OFE zapewni coś w granicach zwykłych lokat, obligacji, czyli ochronę przed inflacją, utratą wartości. Zabawa na giełdzie, czyli ryzyko miało dawać tylko nadzieję na większe korzyści, ale tak na prawdę dawało tylko pewność, że w ciągu 20-30 lat, czyli przed odebraniem gotówki, jakiś kryzys zje nam od 10 do 50% środków. Prawdziwe zyski z giełdy realnie miały pokrywać tylko apetyt prezesów i koszty walki o klienta w walce z konkurentami. Reklamy, prowizje i przedstawiciele przecież kosztują i na to właśnie szły nasze pierwsze wpłaty, stąd obiecanki, że dopiero w kolejnych latach będzie już lepiej. Gdy zachłanność prezesów nie malała, czyli rosły zyski na kontach, ale nie klientów, a właśnie prezesów i najlepszych przedstawicieli, kolejne rządy zaczynały wycofywać się ze spółki, ograniczając nieuchronne ryzyko, czyli procent środków dozwolony do gry na giełdzie i przymuszając do wykupu bezpiecznych obligacji, czyli finansowania długu naszych polityków. Gdy deficyt państwowy urósł do granic konstytucyjnych progów ostrożnościowych, doszło do pierwszego rozbioru OFE, czyli przekazania długu z obligacji do ZUS, czyli zamiana długu jawnego do ukrytego. Teraz nowy rząd chce dokończyć dzieła, robiąc podobnie z pozostałą częścią środków pod hasłem prywatyzacji tych środków :D

Nie na tym jednak chciałem się skupić, bo wiara Polaków w oszczędzanie wprawdzie ma swoją genezę w OFE, ale ważniejsze są skutki tej wiary, a nie szamani i ich "świętne" dzieła. Wmówiono nam, że młody człowiek, który nie ma jeszcze samochodu i innych podstawowych narzędzi do pracy, nie ma jeszcze domu i innych inwestycji potrzebnych do założenia rodziny lub usamodzielnienia się od rodziców, nie ma jeszcze fachu i doświadczenia w ręku, by móc się z powodzeniem utrzymać na rynku pracy i w życiu, MA JUŻ ODKŁADAĆ NA EMERYTURĘ, której może nawet nie dożyje!
Czyli samochód ma kupić na kredyt lub wziąć w leasing, mieszkanie z partnerem kupić na kredyt bankowy lub wynajmować, na firmę wziąć kredyt lub być tylko pracownikiem u kogoś, na przeżycie do 30-tego brać chwilówki lub kartę debetową, albo biedować, a za wszystkie pożyczone pieniądze płacić średnio ze wszystkimi innymi kosztami pożyczek prawie 10%, czyli między 5-8 procent ponad inflację! W tym samym czasie ma odkładać pieniądze na 2-3%, czyli w wysokości inflacji, czyli nic realnie nie rosnące, a w zamian brać chwilówki na 20% ponad inflację. Taka jest właśnie nowa łupieżca religia niedawno narzucona Polakom, by spłacając odsetki znacznie większe, niż mają procenty na lokatach i w funduszach, nie dorobili się za szybko, a finansowali kolejne przepoczwarzenia się nowego kościoła zaufania publicznego.

Trybunał Konstytucyjny uznał, że wszystkie dobra i ofiary są boga, a banki (może z jednym wyjątkiem, ale niestety to nie był bank Morawieckiego) zaczęły jawnie naciągać na ryzykowne instrumenty inwestycyjne pod spreparowanymi nazwami "kredytu walutowego", by golić Polaków do gołej skóry. Przekręt polegający na nieświadomości konsumentów, braku kontroli państwowej i widocznie tajnej zagwarantowanej ochrony sądowej przed roszczeniami, by pod płaszczykiem czegoś atrakcyjnego sprzedać coś szkodliwego i oszukanego. Wspomnę tylko, że kredyt złotówkowy jest najtrudniejszy do spłacenia na samym początku tym bardziej, im wyższa jest inflacja, a tym łatwiejszy w spłacie w późniejszej fazie. Kredyt w walucie o niższej inflacji lub zerowej jest podobnie trudny do spłaty na początku i na końcu. Stąd właśnie ten rodzaj kredytu stał się przykrywką do przekrętu bankowego, bo początkowo wydawał się bardzo atrakcyjny, a kolejnych konsekwencji zaślepiony blaskiem powierzanego złota wierny nie dostrzegał. Przy prawdziwym walutowym kredycie powinno dojść do jeszcze większej różnicy, czyli taniejącego Franka przy wzmożonej podaży na kredyty, więc i mniejszej raty na początku, a drożejącego Franka, gdy spłaty kredytów przewyższałyby wysokość udzielanych kolejnych. Wtedy raty z roku na rok by rosły nie tylko nominalnie, ale i realnie.  Niestety to nie były kredyty walutowe, a jedynie indeksowane do waluty, która prawdopodobnie była już od lat manipulowana przez spekulantów (zapewne wspólników jeśli nie inicjatorów przekrętu bankowego) i były już zaplanowane duże środki do dalszego bawienia się ceną "najbardziej stabilnej waluty świata", ale w drugą stronę, by maksymalizować zyski bankierów, czyli maksymalnie zdzierać z kredytowców (ale tak z wyczuciem, by nie zbankrutowali).

Wykop Skomentuj19
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Gospodarka