Nieszczęsne wydarzenia, które rozegrały się ostatnimi czasy w orbicie środowiska akademickiego Cambridge, stanowią kolejny z nieskończonej serii dowodów na to, że trucizna trawiąca już od dawna zwłaszcza tzw. zachodni świat uczelniany jest dosłownie zabójcza - i to na wielu płaszczyznach.
Truciznę tę zwykło się określać rozmaitymi mianami - neomarksizmem, marksizmem kulturowym, postmodernizmem, "teorią krytyczną", "polityczną poprawnością" itd. - niemniej terminologia jest tu wtórna wobec właściwej esencji wzmiankowanego zjawiska, jakim jest bezwstydnie głoszone założenie, że "każdy ma swoją prawdę" i że jest rzeczą pożądaną, by "swoimi prawdami" epatowali zwłaszcza wszyscy ci, którzy mierzą się z rzekomą "systemową dyskryminacją".
Nietrudno dostrzec, iż naturalną logiczną kulminacją powyższego założenia jest to, że największymi wirtuozami podobnego podejścia do rzeczywistości będą najbardziej zuchwali blagierzy, mitomani, konfabulanci i plagiatorzy, czyli ci, dla których negacja obiektywnej prawdy (w tym obiektywnych kryteriów autorstwa) jest cechą najściślej definiującą ich tożsamość. Oczywistym jest również to, że ta część tzw. świata akademickiego, która godzi się na taki stan rzeczy czy wręcz czynnie go promuje, wystawia profesję zawodowego i systematycznego badacza różnych aspektów rzeczywistości na całkowite pośmiewisko.
Od zawsze wiadomy wniosek, którego nie dość nigdy podkreślać, jest tu zatem następujący: komu zależy na prawdzie (a zwłaszcza na Prawdzie przez wielkie P), bez której niemożliwe jest jakiekolwiek społeczne zaufanie, jakakolwiek międzyludzka współpraca czy nawet jakikolwiek szacunek wobec bliźniego, ten nie powinien wykazywać choćby najmniejszej tolerancji wobec opisywanej tu (dosłownie) zabójczej ideologii. Prawda bowiem, jak się okazuje, nie tylko wyzwala, ale też jako jedyna pozwala nie popaść w najbardziej kompromitujące i autodestrukcyjne formy zniewolenia.
73
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (1)