10 obserwujących
171 notek
59k odsłon
  333   0

Komisja śledcza i co z tego?

Głosami PO i SLD przeszła kandydatura Marka Belki na prezesa NBP. PiS i PSL głosowały przeciw. O wyborze Belki przesądził przewodniczący SLD Grzegorz Napieralski, który rekomendował swojemu klubowi głosowanie za kandydaturą Belki.

                                                                                                                                                                                                 Minęło pięć lat od czasu, gdy sejmowa komisja śledcza ds. afery PZU zarzuciła ówczesnemu premierowi Markowi Belce składanie fałszywych zeznań i konflikt interesów przy prywatyzacji największego polskiego ubezpieczyciela. Konflikt interesów miał polegać na tym, że Marek Belka, zanim został premierem, był członkiem Rady Nadzorczej BIG Banku Gdańskiego (obecnie Bank Millenium), a równocześnie zasiadał w komitecie doradczym ABN AMRO, które było doradcą ministra skarbu przy prywatyzacji PZU. Przemawiające za konfliktem interesów dokumenty zostały później pokazane w TVN w 2006 r. przez dziennikarzy „Superwizjera” w filmie „Kto chciał ukraść PZU”, pisała też o tym prasa: http://www.youtube.com/watch?v=53ia4wblL8s   

                                                                                                                                                                                                 Pod koniec maja br. nazwisko Belki pojawiło się w kontekście jego kandydatury na prezesa Narodowego Banku Polskiego. Jego kandydaturę na sześcioletnią kadencję ogłosił pełniący obowiązki prezydenta Bronisław Komorowski, nie ukrywając, że zależy mu na przeforsowaniu kandydatury byłego SLD-owskiego premiera jeszcze przed wyborami prezydenckimi. PiS i PSL szybko to oprotestowały ze względu na proponowany termin głosowania w Sejmie. Ludowcy powoływali się na konstytucję, według której prezesa NBP wyznacza prezydent, a nie pełniący obowiązki prezydenta. SLD początkowo zadeklarowało poparcie Belki, gdy zgłosi go wybrany w wyborach prezydent, ale ostatecznie podporządkowując się woli wodza poparło go przed wyborami. Natomiast komunikat Polskiej Agencji Prasowej z 27 V 2010 r. podawał: „Prezes PiS Jarosław Kaczyński powiedział, że nie ma zastrzeżeń dokandydatury Marka Belki na prezesa Narodowego Banku Polskiego, ale - jak zaznaczył - decyzja w tej sprawie nie powinna być podejmowana 10 dni przed wyborami prezydenckimi”.

 

Taka reakcja opozycji, jak i forsowanie Belki na prezesa NBP przez Komorowskiego, skłania do szerszej dyskusji nad tym co zaszło w Polsce i co się nadal odbywa w kontekście afery PZU. Niestety z ubolewaniem należy stwierdzić, że wciąż nie toczy się na ten temat dyskusja adekwatna do znaczenia tematu, a wiele istotnych faktów wciąż pozostaje przemilczanych. Chciałbym tą lukę chociaż częściowo zapełnić, pisząc o największej aferze finansowej drugiej dekady III RP.

 

W cieniu przesłuchań toczących się przed komisją hazardową pojawiła się informacja, że po pięciu latach śledztwa prowadzonego przez gdańską prokuraturę w związku z aferą PZU wpłynął do sądu akt oskarżenia przeciw byłemu ministrowi skarbu Emilowi Wąsaczowi. Były minister – obecnie prezes zarządu i dyrektor generalny spółki Stalexport Autostrady S.A. zajmującej się budową autostrad – jest oskarżony o niedopełnienie obowiązków i działanie na szkodę Skarbu Państwa w okresie, gdy był ministrem. Jednak zarzuty w związku z prywatyzacją PZU postawiły mu już w 2005 r. sejmowa komisja śledcza i Komisja Odpowiedzialności Konstytucyjnej. Kilka lat temu Wąsacz stanął przed Trybunałem Stanu, gdzie miał odpowiedzieć także za prywatyzację Domów Towarowych Centrum i Telekomunikacji Polskiej, ale końca tamtego procesu nie widać.

 

U schyłku Sejmu IV kadencji dziewięcioosobowa komisja śledcza ds. afery PZU, złożona z przedstawicieli niemal wszystkich ówczesnych klubów parlamentarnych, stwierdziła 19 poważnych naruszeń prawa. Pomimo różnic politycznych jej członkowie (m.in. obecny wiceminister skarbu Jan Bury z PSL i obecny minister infrastruktury Cezary Grabarczyk z PO) byli zgodni w zasadniczej sprawie, podejmując jednogłośnie uchwałę wzywającą Ministerstwo Skarbu do przygotowania i złożenia w sądzie wniosku o uznanie prywatyzacji PZU za nieważną z mocy prawa. Tylko co z tego? Przed wyborami w 2005 r., jak i dwa lata później odegrano szopkę, że nowo powołany rząd, jaki by nie był, się tym zajmie. A jak się tym zajęto, można było przeczytać chociażby w cyklu artykułów Jana Pińskiego w tygodniku „Wprost”, który jeszcze 8 VII 2007 r., na trzy miesiące przed dojściem do władzy PO pisał:

 

Sprawa aferalnej prywatyzacji PZU to kolejna sprawa, którą nowa ekipa rządząca miała rozwiązać. Tymczasem od zeszłego roku nic nie wiadomo na temat wyników śledztwa (a przecież Emila Wąsacza zatrzymywano z wielkim hukiem). Nie wiedzieć czemu, nie ma także jeszcze wniosku w sądzie o unieważnienie prywatyzacji z 1999 - co nakazała w swoim raporcie komisja śledcza ds. prywatyzacji PZU.

 

Na logikę były dwie możliwości. Jeśli nawet umowa z 1999 r. była ważna, to przecież jest w niej zapis, który jasno stanowi, że wszelkie ewentualne spory miały być rozstrzygane przed polskimi sądami powszechnymi. Jeśli nie była ważna, to tym bardziej Eureko nie miało prawa dochodzić swych roszczeń na podstawie tej umowy w międzynarodowym arbitrażu. Bez względu na to, która z tych dwóch możliwości byłaby prawdziwa, polskie władze nie tylko nie musiały, ale nawet nie powinny się wcale godzić na ten arbitraż, a mimo to za rządów lewicy się na niego zgodzono. Później straszono nas nawet 36-miliardowym odszkodowaniem za nierealizację aneksu do umowy, która według komisji śledczej była nieważna wraz z aneksem z mocy prawa! Warto więc przypomnieć, że 30% akcji PZU kosztowało Eureko w konsorcjum z Big Bankiem Gdańskim 3 mld zł, a za dalsze 21% miano zapłacić według aneksu do umowy po tej samej wycenie za akcję, co oczywiście dałoby znacznie mniej niż 36 mld. Mogłoby się przynajmniej wydawać, że ci politycy i dziennikarze, którzy najgłośniej krzyczeli o grożącym nam gigantycznym odszkodowaniu, powinni się jednocześnie najgłośniej domagać ukarania winnych doprowadzenia do całej afery i niekorzystnej dla Skarbu Państwa wyceny akcji PZU. Tak jednak nie było i np. Aldona Kamela - Sowińska, która podpisywała feralny aneks do umowy (zwany też Pierwszą Umową Dodatkową) nie stanęła nawet przed Trybunałem Stanu, co było kolejnym dowodem na nieliczenie się z wytycznymi komisji śledczej.

Lubię to! Skomentuj17 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale