- Przewaga opinii wskazujących na możliwy wzrost cen jest efektem zarówno racjonalnych przesłanek ekonomicznych, jak i utrzymującej się wśród konsumentów wrażliwości na czynniki, które mogą ponownie wywołać presję inflacyjną. Doświadczenia z ostatnich lat sprawiły, że Polacy znacznie uważniej obserwują wydarzenia międzynarodowe i częściej łączą je z potencjalnymi zmianami cen w handlu detalicznym – mówi Robert Biegaj z Shopfully Poland.
Jak komentuje Dawid Pachucki, główny ekonomista PZU, obawy konsumentów dotyczące wyższych cen w sklepach przed świętami nie wynikają wyłącznie z psychologii inflacyjnej. Są zakotwiczone w rzeczywistych procesach podażowo kosztowych. Sytuacja na Bliskim Wschodzie już ma realne przełożenie na globalne rynki surowcowe i zaczyna być odczuwalna również w polskiej gospodarce.

Inflacja wzrośnie
– Nasze obecne szacunki wskazują, że inflacja CPI w Polsce może w marcu i kwietniu wzrosnąć w okolice 3 proc. rdr. Na początku tego roku wynosiła nieco ponad 2 proc. Kluczowy dla dalszej dynamiki cen będzie jednak czas trwania blokady Cieśniny Ormuz i wpływ tego na globalne ceny ropy i gazu. Na tym etapie niepewność jest zbyt duża, aby formułować precyzyjne prognozy. Ryzyko eskalacji konfliktu wciąż pozostaje wysokie. Jednocześnie ze strony rządu słyszeliśmy zapowiedzi, że pracuje nad rozwiązaniami łagodzącymi wpływ wzrostu cen paliw na konsumentów w Polsce – wyjaśnia Dawid Pachucki.
Wzrost cen przed świętami jest zjawiskiem naturalnym, wynikającym z sezonowego wzrostu popytu. W takim czasie ceny części produktów przeważnie idą w górę średnio o ok. 2-5 proc. W tym roku konflikt na Bliskim Wschodzie dodatkowo zwiększa presję kosztową w gospodarce, przez co tegoroczne podwyżki cen w sklepach mogą okazać się nieco wyższe niż w typowym okresie przedświątecznym. Eskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie może realnie wpłynąć na koszty funkcjonowania gospodarki. Konflikty w tym regionie często oddziałują na globalne rynki ropy naftowej, co przekłada się na wyższe koszty transportu, energii oraz produkcji. Jeśli ceny paliw i energii mocno by rosły, część tych kosztów mogłaby zostać przeniesiona na ceny detaliczne w sklepach.
Drożyzna dopiero nas czeka
- Zamiast typowych kilku procent, wzrost cen w wybranych kategoriach mógłby sięgnąć około 5-8 proc., a w przypadku produktów szczególnie wrażliwych na koszty energii i transportu – nawet ok. 10 proc. Nie byłby to jednak efekt wyłącznie decyzji sieci handlowych. Raczej byłoby to konsekwencją wzrostu kosztów w całym łańcuchu dostaw – od producentów, przez logistykę, aż po handel detaliczny. Niemiej jednak uważam, że w tym roku przed świętami zaznamy standardowych wzrostów cen w sklepach, bo handlowcy nie będą chcieli dopuścić do tego, aby konsumenci się wystraszyli. Ceny mocniej mogą pójść w górę dopiero w kolejnych okresach – przewiduje Robert Biegaj.
Obawy przed podwyżkami skłaniają do robienia nadmiernych zapasów, a to z kolei sprzyja dalszym wzrostom cen. W wielu takich sytuacjach konsumenci w pewnym stopniu sami przyczyniają się do nakręcania spirali podwyżek. Zachowanie spokoju i rozsądne planowanie zakupów jest korzystne zarówno dla samych kupujących, jak i dla stabilności rynku. Jak wynika z badania, tylko kilkanaście proc. Polaków nie ma obaw dotyczących negatywnego wpływu konfliktu na ceny w sklepach przed świętami. Dawid Pachucki podkreśla, że nie spodziewamy się fizycznych niedoborów produktów świątecznych. Polska i UE produkują większość żywności lokalnie, a łańcuchy dostaw w tych segmentach pozostają stabilne.
Zakłócone łańcuchy dostaw?
Ewentualne zakłócenia mogą dotyczyć przede wszystkim kategorii silnie uzależnionych od transportu morskiego, takich jak elektronika, zabawki czy wybrane towary przemysłowe. W tych kategoriach wzrost kosztów frachtu i wydłużenie czasu dostaw są najbardziej odczuwalne. Jednocześnie, nawet jeśli inflacja CPI wzrosłaby nieco powyżej wspomnianych 3%, przeciętne gospodarstwo domowe nadal odczuwałoby wzrost siły nabywczej dzięki rosnącym płacom.
Źródło zdjęcia: MondayNews
Tomasz Wypych




Komentarze
Pokaż komentarze (17)