Jedną z ozdób, wyznaczników i wizytówek dobrego filmu są aktorzy na wysokim poziomie. Oni dodają produkcji kolorytu, prawdziwości, powodują, że staje się ona jakby nad wyraz przekonywująca, namacalna, wiarygodna. Od tej zasady bywają czasem wyjątki, potwierdzające regułę.
Sylvester Stallone raczej nie należy do aktorskich tuz, niemniej było mu dane zagrać w kilku wiekopomnych obrazach. W pamięci zwłaszcza zapada jego pamiętny monolog w końcówce kultowej pierwszej części ,,Rambo’’, który zapisał się na dobre w kanonach kinematografii.
Podobnie jest z Arnoldem Schwarzeneggerem i Robertem Patrickiem w serii ,,Terminator’’. Czy ktoś wyobraża sobie dziś inne osoby, mogące wcielić się w postaci bezdusznych maszyn, zimnego zła niż ta wspomniana wyżej dwójka?
Albo weźmy np. ,, Matrix’’ i Keanu Reevsa, jako odtwórcę Neo. Wokół niego krążyła taka jakby atmosfera tajemniczości, niewiadomego, skrywanych emocji.
Bywa czasem tak, że umiejętności aktora nie są aż tak ważne i istotne. Nadrabia te braki oraz niedostatki dajmy na to swoim wyglądem, postawą, stylem bycia, specyficzną otoczką jaką dookoła siebie wytwarza. No i musi mieć odrobinę szczęścia, by natrafić na obraz, który uwieczni go na dobre w historii kinematografii.



Komentarze
Pokaż komentarze