Właściwie nie wiem jak nazwać ten wpis. Inspiruje mnie tytuł jaki nadał swojej notce jeden z salonowiczów, nazywając ją słowem, które ponoć najczęściej używają Polacy. Po takim tytule nie trudno domyśleć się, czego mogła dotyczyć. Możliwości mamy dwie: polityka i piłka nożna, oczywiście w polskim wykonaniu. Wpis dotyczył tego drugiego. Ja jednak, choć jako nazwy nie użyję tego słowa, ani żadnego innego z jego rodziny, chciałbym napisać parę zdań, właśnie o polityce i to w wykonaniu pierwszej osoby w państwie.
Rzeczpospolita podaje, że cieszący się największym zaufaniem Polaków polityk, opuszczając stanowisko marszałka, czyli ostatniego dnia urzędowania, wziął sobie na odchodne 22 tysiące. Nie wiele mniej, niż roczny przychód przeciętnego Polaka. Sprawa jest oczywiście sama w sobie dość bulwersująca, zwłaszcza jeśli dorzucić do tego fakt, że ponoć podobne praktyki stosowali Schetyna i paru innych wicemarszałków.
Oczywiście „pieniędzy, nie można sobie stamtąd tak po prostu wynieść”, jak zaprotestuje, ufny w dobre imię prezydenta, wyborca. Pewnie, że nie można. Można jednak przyznać sobie jakąś nagrodę z funduszu na to przeznaczonego. Bul Komorowski pogłówkował chwilę i wymyślił. I to jest w całej tej sprawie najlepsze. Nagroda przyznana została za ciężko pracę po katastrofie Smoleńskiej. Rzeczywiście praca była niezwykle trudna. Trzeba było dogadać się z ruskimi, przejąć fotel prezydencki na podstawie telewizyjnego paska i zabrać niewygodne dokumenty z Pałacu. Muszę przyznać, że jak na jeden czy dwa dni, Bronek wykonał kawał dobrej roboty, dla swoich mocodawców, ale czy również dla Polski. Proponuję więc, aby nagrody przyznawano prezydentowi z Kremla, a nie z kieszeni podatników. I niech się zastanowią, ufni w nieskazitelność, prezydenta czy mając lada dzień zacząć pełnić funkcję głowy państwa, poprawnym, z moralnego punktu widzenia, jest przyznać sobie, lub nawet przyjąć takie pieniądze.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)