Na początek powiem coś, co pewnie każdy zwykł mawiać, a mianowicie, że lubię dobrą muzykę. Różną. Od „rocken and rolla” przez mocny, stary „hard” i „heavy” „rock” aż do „jazzu”. Nie znoszę „rappa” czy innego „discopolo”. Mam świadomość, że „rapperzy” już sięgają po tomahawki, aby ukarać mnie za to porównanie : ).
Gdzieś tam, dość późno, bo dopiero w szkole średniej polubiłem również tzw. „muzykę poważną”. W tej „zgniłej komunie” lat siedemdziesiątych, pomimo, że chodziłem do szkoły technicznej, to jakoś tam dbano o ogólny rozwój młodzianków. Nie tylko, rozdawano (dość tanio) karnety na tzw. „prosymfonikę”, czyli, o ile pamiętam, comiesięczne wizyty w Filharmonii Poznańskiej, ale również co tydzień zapraszano kogoś z tzw. „pierwszej ligi muzycznej” do naszej świetlicy. Ci fachowcy, wybitni muzycy, potrafili nas zarażać swoją pasją, grając na świetlicowym fortepianie różne fragmenty z największych „hitów” muzyki poważnej i tłumacząc znaczenie poszczególnych fraz.
Pomimo tego wszystkiego nie będę udawał znawcy muzyki. Lubić, nie oznacza jeszcze – znać się.
Tyle wstępu.
Jak co pięć lat, i w tym roku staram się, kiedy tylko mogę, śledzić występy młodych pianistów na Konkursie Chopinowskim, w TVP Kultura. Nie ukrywam, że wszystko dla mnie brzmi wspaniale. Dla mnie każdy z tych młodych ludzi zasługuje na „pudło”.
Potem słucham recenzji w studio konkursowym i otwieram usta z wrażenia. W szczególności nie mogę „oderwać uszu” od wypowiedzi Pani Profesor Alicji Palety – Bugaj. Ta, choć nie powinno się mówić o wieku kobiet, już niemłoda kobieta, na twarzy której nadal łatwo dostrzec szlachetne rysy wcześniejszej urody, staje się wyjątkowo piękna, kiedy zaczyna mówić. Jej słowa płyną harmonicznie i same w sobie są muzyką. Te wszystkie szczegóły o „zaśpiewach prawej ręki” przy współpracy „rytmicznej ręki lewej”; te „brzmienia pastelowe”; te...uff. – co tu gadać – wciskają mnie w fotel, wpędzając w kompleksy, że ja tego wszystkiego nie słyszę.
I już chciałem się poddać, przyznając, że jakieś nieznośne słonisko nadepnęło mi na uszy.
Tak by się stało bez wątpienia, gdybym dzisiaj nie zajrzał na portal Rzepy i nie przeczytał „antyfeministycznej” recenzji Jacka Marczyńskiego.
Ów napisał:
„Dobre wrażenie wywarli przedstawiciele Izraela: 26-letni Nimrod David Pfeffer i o rok starszy Yaron Kohlberg.”
Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że wczoraj, w studio konkursowym usłyszałem, że, w szczególności ten pierwszy Izraelczyk, zbyt mocno przyciskał pedał głośności, grając wszystko w „forte”, nie niuansując poszczególnych fraz, jak tego życzyłby sobie kompozytor. Dwie Panie profesor w studio, razem z prowadzącym, nie pozostawiały złudzeń, że tego „nie było warto słuchać!”.
Skoro tak, skoro tzw. fachowcy różnią się od siebie tak radykalnie, to, jak mniemam, i ja mogę uznać się za „znawcę” : )))
Żeby nie było wątpliwości. Ja mam świadomość, że sztuka, to nie technika. W sztuce są sytuacje, kiedy trudno rozróżnić kicz od wybitnego dzieła. O tym pisał kiedyś Norwid.
Wszyscy pamiętamy najsłynniejszy Konkurs Chopinowski z roku 80-tego, kiedy z jury, powodując skandal, wycofała się Argentynka, Martha Argerich, po tym, jak w III turze odpadł Ivo Pogolewić. W tamtym przypadku nikt nie miał wątpliwości, że mamy do czynienia z wybitnym wirtuozem, który dość swobodnie interpretował Chopina. „Klasykom - konserwatystom” to się nie spodobało. To trochę tak, jak angielski skrzypek, Nigel Kennedy w repertuarze Vivadiego – grający chropowato, „nie-klasycznie”, ale wyjątkowo urokliwie.
W tym jednak przypadku, wg jednych krytyków Nimrod David Pfeffer „wywarł dobre wrażenie”, a zgodnie z drugimi – był całkowicie beznadziejny.
No to - obyśmy tak wszyscy jeszcze zdrowi byli, bo „śpiewać każdy może” : )))



Komentarze
Pokaż komentarze (6)