Xi kilka lat temu zdeklarował się jako wszechwładny cesarz Chin. Przedtem to samo zrobił Putin w odniesieniu do Rosji. Ostatnio na absolutnego władcę swojego kraju kreuje się Trump. Coś komuś to przypomina? Bo mnie tak.
Jak świat światem, zawsze gdy szykowała się grubsza awantura, elity wielkich mocarstw usuwały się w cień wraz ze swymi marzeniami o udoskonaleniu ustroju politycznego, ustępując miejsca silnym ludziom typu Xi, Putina, czy Trumpa. Było tak na przykład w osiemnastym wieku. Elity Rosji, Prus i Austrii rozumiały, że prędzej czy później ich państwa będą musiały skoczyć sobie do gardeł. Pora więc - uznały - zawiesić na kołku wielkie ideały oświecenia i odwołać się do nagiej siły. W przeciwnym razie zginiemy. Jak wiadomo z historii, rola silnych ludzi przypadła wtedy Katarzynie Wielkiej, Fryderykowi Wielkiemu i Józefowi II Habsburgowi.
Zgoła odwrotnie na rzeczywistość osiemnastowiecznej Europy zapatrywała się nasza Rzeczpospolita Dwojga Narodów. Podczas gdy te trzy zbójeckie mocarstwa ostrzyły noże, ona kultywowała ideały demokracji szlacheckiej, pozwalając nawet sobie w imię ich obrony na wyniszczającą wojnę domową (mowa o konfederacji barskiej). W rezultacie Rosja, Prusy i Austria rozdrapały Najjaśniejszą między siebie. Nie to, żeby żywiły wobec niej nienawiść, czy żeby się jej obawiały. Nie, Rzeczpospolita po prostu samą swoją obecnością przeszkadzała każdemu z tych absolutystycznych mocarstw w uzyskaniu supremacji nad dwoma pozostałymi.
Podobnie sprawy mają się w obecnych czasach. Nic się jeszcze nie rozstrzygnęło do końca i może jeszcze daleko jest do tego, ale Rosja, Chiny i Ameryka widząc, że zbliża się czas wielkiej rozgrywki, zawczasu odłożyły na bok ideały nowego wspaniałego świata, rozumiane przez każdego z graczy po swojemu, i zaczęły głosić postulat obrony przez siłę.
Obrony czego? To zależy. W przypadku Ameryki chodzi o obronę światowego prymatu. Rosja ma na myśli obronę prawa do posiadania stref wpływu. Chiny chcą bronić swoich fantastycznych zdobyczy, jakimi są uzyskanie w ciągu trzech ostatnich dekad statusu największej na świecie potęgi przemysłowej i wydobycie ze skrajnej nędzy miliarda Chińczyków. Nikt w historii ziemskiego globu czegoś takiego dotąd nie dokonał.
Silni ludzie Xi, Putin i Trump, przezornie dopuszczeni przez elity Chin, Rosji i Ameryki do sterów nawy państwowej, zaraz sięgnęli lub właśnie sięgają po absolutną władzę. Gdyż bez tego realizacja hasła „chcesz pokoju, szykuj się do wojny” byłaby niemożliwa.
Tylko Zjednoczona Europa nadal kultywuje ideały oświeconego socjalizmu, wyrzekając się rozbudowy własnych możliwości zbrojnych. I w rezultacie, nie zagrażając nikomu, może zostać rozparcelowana między Rosję, Amerykę i Chiny. Na razie jedynie w postaci stref wpływu. Ale później, gdy Europejczycy przywykną do takiego stanu rzeczy, a nawet taki stan rzeczy polubią, może dojść do rozparcelowania faktycznego, czyli do bezbolesnego wejścia poszczególnych stref wpływu w skład zarządzających nimi hegemonów. Na długie dziesięciolecia, jeśli nie na wieki i milenia. Zupełnie jak to się przydarzyło nam w osiemnastym wieku.
Że przesadzam, że za przeproszeniem chromolę głupoty, że nic nie zapowiada czegoś takiego? No jak to nic nie zapowiada? A heca z Grenlandią, a gadanie o przerobieniu Kanady na pięćdziesiąty pierwszy stan USA, a zwąchiwanie się Niemiec z Rosją i Chinami, a rosyjski postulat wycofania NATO z powrotem za linię Łaby, a zajęcie przez Rosję jednej piątej Ukrainy? To ma być nic? Jedna piąta Ukrainy to jedna trzecia terytorium Polski, akurat tyle, co zażyczyłyby sobie od nas Niemcy, gdyby im się gwiazdy pomyślnie ułożyły.
I żeby tylko o te kilka drobiazgów chodziło. Hece z Grenlandią, Kanadą, linią Łaby, niemieckimi aspiracjami, można jeszcze w tej chwili zneutralizować śmiechem (jedynie kwestia Ukrainy zasługuje na poważne traktowanie). Przede wszystkim jednak chodzi o to, że Zjednoczona Europa nie jest w stanie wyłonić spośród swojej półmiliardowej populacji polityka kalibru Xi, Putina czy Trumpa, któremu można by powierzyć władzę, jeśli nie absolutną to przynajmniej quasi-absolutną, na jakiś tylko czas, do ustania kryzysu. Europie by przetrwać trzeba dzisiaj właśnie kogoś takiego, gościa posiadającego cojones, który umiałby wziąć za twarz rozkochaną w sobie ze wzajemnością europejską elitę i wybić jej z głowy umiłowanie utopijnego socjalizmu, też na jakiś tylko czas, przynajmniej aż kryzys przeminie.
Nie chcę być źle zrozumiany. Nie jestem pod urokiem teorii o roli jednostki w historii. Ani Xi, ani Putin, ani Trump, o niczym sami nie decydują. Są jedynie charyzmatycznymi wykonawcami woli skupionych wokół nich polityków i doradców, autentycznie przejętych losami swojego kraju. Żeby jednak skupić wokół siebie grono tego rodzaju postaci, trzeba coś konkretnego sobą reprezentować. Xi stojąc na barkach swych wielkich poprzedników skutecznie winduje Chiny na pozycje przodującego mocarstwa, Putin wyciągnął za uszy Rosję z topieli jelcynowskiej smuty i doprowadził z powrotem swój kraj do statusu globalnej potęgi, Trump zahipnotyzował cały świat swoim niesamowitym comebackiem po czteroletniej przerwie w sprawowaniu prezydentury i obiecująco zapoczątkował korygowanie zgubnej dla Ameryki polityki imigracyjnej i finansowej realizowanej przez poprzedników.
Co konkretnego natomiast reprezentują sobą liderzy Unii Europejskiej? Przykro to stwierdzić, ale konkretnego nie reprezentują oni sobą nic. Macron przez samo to, że poślubił swoją starszą od siebie o 24 lata nauczycielkę, z mety stał się postacią komiczną i nic na to poradzić się nie da. Wielka Brytania zmienia swych premierów jak rękawiczki, co raczej nie jest optymistycznym symptomem dla tego kraju i dla Europy. Merz, który odziedziczył po Merkel i Scholzu upośledzone gospodarczo, imigracyjnie i energetycznie Niemcy, najwyraźniej pojęcia nie ma, co z tym dziedzictwem robić. O Tusku szkoda w ogóle gadać. Jedynie Viktor Orbán i Karol Nawrocki jawią się jako poważne postaci. Gdyby ci dwaj mogli zająć czołowe miejsca w Brukseli, można by o suwerenności UE pomyśleć. Ale z oczywistych względów nie będą mogli. Obecne elity UE zbyt są przywiązane do swych pozycji i apanaży, by ustąpić miejsca komukolwiek spoza własnego kręgu. Choćby na jakiś czas tylko, do ustania marazmu.
Tak, Zjednoczona Europa idzie w ślady osiemnastowiecznej Rzeczpospolitej Dwojga Narodów. Nie wróży to jej nic dobrego.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)