Drodzy przyjaciele, to znowu ja, Fiodor. Bardzo mi się spodobało na waszym blogu, cenię też wysoko jego Gospodarza, dlatego postanowiłem dorzucać od czasu do czasu swoje trzy grosze. Wprawdzie z językiem polskim jestem raczej na bakier (do perfekcji opanowałem tylko jeden język, mianowicie rosyjski), ale mam nadzieję, że wielkodusznie wybaczycie mi ewentualne błędy ortograficzne i potknięcia stylistyczne.
W zasadzie miałem zamiar partycypować wyłącznie w tematyce politycznej, ale słowo „karp”, które padło zaraz w tytule dzisiejszego wpisu („Co karp to obyczaj”), niespodziewanie potrąciło we mnie emocjonalną strunę (jak każdy prawdziwy Rosjanin, bardzo łatwo się wzruszam) i natychmiast chwyciłem za pióro, a ściślej mówiąc, zasiadłem do swojego trofiejnego laptopa z polską klawiaturą. Skąd to trofeum? – to znaczy gdzie i na kim uskutecznione – za długo by opowiadać, może uczynię to innym razem, jak Gospodarz blogu lub któryś z blogowiczów nawiążą do powszechnie znanej na świecie skuteczności Rosjan w pozyskiwaniu niezbędnych im dóbr materialnych – od zegarka poczynając, a na całych kontynentach kończąc.
Zapytacie być może, drodzy przyjaciele, cóż takiego jest w słowie „karp”, że było ono w stanie poruszyć czułą strunę w szerokiej jak rosyjski step duszy radzieckiego człowieka. Otóż w samym słowie nie ma nic szczególnego. Być może u innego radzieckiego człowieka potrąciłoby ono jakąś kulinarną strunę, ale ja nigdy nie zakąszam rybą, a jeśli już w ogóle, w drodze wyjątku, czymś zakąszam – gdy na przykład nie wypada odmówić komuś, kto nalega (zakąście towarzyszu, zakąście, bo tam jeszcze 5 litry spirtu czeka) – to wzorując się na Andrieju Sokołowie z „Losu człowieka” Szołochowa, wychyliwszy musztardówkę, co najwyżej ułamię od kromki okruch chleba. Przebywałem wystarczająco długo w waszym kraju, by uważać się za Polaka i jak większość Polaków automatycznie doznawać pozytywnych uczuć na myśl o wigilijnym karpiu. U mnie jednak jest to emocja w ścisłym sensie indywidualna, wynikająca wyłącznie z indywidualnych wspomnień oraz indywidualnych doświadczeń, choć nie zaprzeczam, że tu też chodziło o kalorie.
To było w 1980 roku, czyli 63 lata po wybuchu Wielkiej Rewolucji Październikowej i równo rok przed Wielkim Grudniem, kiedy towarzysz Wojciech w końcu stracił cierpliwość i zaprowadził w Polsce porządek. Na krótko, bo na krótko, ale osiem bez mała lat to jednak nie w kij dmuchał, był czas, żeby umocnić socjalizm, cóż kiedy diabli nadali Gorbaczowa i wszystko się rozpizgało. Wtedy oczywiście nikt jeszcze takiego zakończenia nie przeczuwał i w całej Polsce na widok czołgów na ulicach zapanowała zrozumiała, acz krótkowzroczna euforia, czego jako pracownik radzieckiego konsulatu byłem naocznym i wiarygodnym świadkiem, gdyż w ramach szlifowania waszego pięknego języka regularnie czytałem „Politykę” i „Trybunę Ludu”, nie wspominając oglądania dziennika telewizyjnego oraz wystąpień towarzysza Urbana.
Konsulat mieścił się w pewnym wojewódzkim mieście, którego nazwy nie ujawnię, powiem tylko, że co roku odbywają się w nim słynne na cały świat Targi Poznańskie. Byłem tam zatrudniony z poręki – nomen omen – towarzysza Karpowa na stanowisku gospodarza obiektu, czyli jak to się ładnie u was mówi, w charakterze ciecia. Nie będę wyliczał, ile otrzymanie tej posady – w zachodnim, bądź co bądź, kraju – mnie kosztowało, zarówno w twardych rublach, jak i w naturze. O to ostatnie zresztą niech się upomina moja ówczesna nieślubna żona, jeśli uważa, że coś jej się wymydliło, tym bardziej, że poszła na to z chęci zysku (wysyłałem jej co miesiąc dwie trzecie swojej pensji), bez konsultacji ze mną, podając się za moją kuzynkę. Rzecz nieuchronnie się wydała, towarzysz Karpow wbrew rybim obyczajom nie hamował języka, tu i ówdzie coś chlapnął, tu i ówdzie się pochwalił, jaki to z niego… nie powiem co, ale zaczyna się na „je”, a kończy na „baka”, no i w końcu do mnie też dotarło. Ile łez gorzkich wtedy wylalem, jak bardzo krwawiło mi serce, nikt by nie uwierzył na widok wielkiego draba, jakim jestem, metr dziewięćdziesiąt wzrostu w skarpetach, dziewięćdziesiąt kilo wagi, morda zawodowego wykidajły.
Towarzysz Karpow, któremu wybaczyłem – w końcu ta małpa wprowadziła go w błąd, skąd biedny miał wiedzieć, kogo naprawdę obraca – i któremu tyle zawdzięczam w sensie międzynarodowej kariery, to poniekąd jeden z dwóch powodów, dla których jestem tak uczulony na słowo „karp”. Drugi powód, znacznie ważniejszy i o znacznie większym ładunku emocji, wiąże się bardziej z jego funkcją niż osobą. Chodzi mianowicie o to, że oprócz normalnych dyplomatycznych obowiązków, czyli uczestniczenia w bankietach wydawanych dla lokalnej komunistycznej elity, powierzono mu misję nawiązywania przyjaznych kontaktów z tubylczą ludnością. Jedno i drugie było równie ważne. Różnica między bankietami i kontaktami sprowadzała się jedynie do tego, że bankietowiczów przywoziły limuzyny, z których natychmiast przenosili się oni do prywatnych apartamentów konsula, a tubylcy dobrowolnie przyjeżdżali z zakładów pracy tramwajem i od razu po podpisaniu listy obecności byli doprowadzani do sali, gdzie już czekały na nich krzesła naprzeciw podwyższenia, po którym na tle sierpa i młota, oraz portretów towarzyszy Lenina, Breżniewa i ówczesnego naczelnego zwierzchnika naszego resortu, towarzysza Gromyko, przechadzał się w tę i z powrotem towarzysz Karpow, prowadząc z przybyłymi swobodną pogawędkę. Co prawda tubylcy głównie milczeli, niewątpliwie w słusznym przekonaniu, że gospodarzowi nie wypada przerywać. Poza tym różnica, rzecz prosta, polegała też na tym, że w przeciwieństwie do pogawędek z tubylcami, na bankietach było co i czym zakąsić. Ale za to tubylcom wolno było przynieść własne kanapki.
Pogawędki towarzysza Karpowa w okresie po sierpniu przestała cechować swoboda, i ze zrozumiałych względów zaczynała je zabarwiać zręcznie maskowana – trzeba mu to przyznać – nieufność i rezerwa. Zresztą na kontakty z tubylcami strona radziecka machnęła ręką na długo przed grudniem następnego roku, jako na rzecz pozbawioną większego sensu w świetle krystalizujących się już w łonach obu bratnich partii zamiarów. Niemniej w grudniu 1980 roku jeszcze się one odbywały, pamiętam to dokładnie, ponieważ właśnie wtedy – a było to krótko przed waszymi pięknymi świętami – na ostatnim już bodaj spotkaniu z tubylcami pojawiła się ONA.
Jakżesz mam opisać tę zjawiskową dziewczynę? Nie potrafię. Zresztą na szczęście chyba nie muszę. Wyglądała zupełnie jak Galina Polskich, tylko że była jeszcze piękniejsza. Galina Polskich przez ostatnie trzy dekady naszej światowej supremacji była marzeniem wszystkich radzieckich mężczyzn, poczynając od tych, którzy dopiero opuszczali przedszkole, a kończąc na dokonujących żywota. Co w niej było takiego? O czym myślał każdy radziecki mężczyzna, gdy patrzył na nią? O czym marzył? O seksie? – w tamtych latach słowo to jeszcze nie było tak oczywiste i wszechobecne – owszem, o seksie też; jej piersi, nogi, biodra, pełne usta, wszystko to prędzej czy później doprowadzało do myśli o seksie, ale przede wszystkim i w pierwszym rzędzie cała jej postać porażała poezją kobiecego piękna; ze swymi jasnymi, opadającymi na ramiona włosami, błękitnymi, zasnutymi melancholią oczami, łagodnym pochyleniem głowy, stanowiła uosobienie wszystkiego, co w kobiecie wzniosłe i szlachetne, co kojarzy się z delikatnością uczuć i prawością postępków. W Polsce też puszczano z nią filmy, nawet za moich czasów, i jeśli ktoś je oglądał, musi potwierdzić, że nie łgam.
I taką oto dziewczynę, tylko że jeszcze piękniejszą, tak piękną, że człowiek myślał, co ona tu robi w tym targowym co prawda, lecz przecież nie za bardzo znanym na świecie mieście, dlaczego siedzi na twardym, przeznaczonym dla tubylców krześle, które własnoręcznie przed chwilą ustawiałem, czemu zamiast patrzeć na stojącego na podwyższeniu towarzysza Karpowa, sama nie stoi w tej chwili na podium i wśród spojrzeń hollywoodzkiej widowni nie odbiera należącego jej się za samo istnienie Oskara – taką oto dziewczynę ujrzałem wtedy na tej udekorowanej sierpem i młotem sali, gdzie skończywszy ustawianie krzeseł zostałem, żeby się napatrzeć na nią.
Trzeba powiedzieć, że między sierpniem i grudniem 1980 roku tubylcza widownia zrobiła się bardziej rozmowna i towarzysz Karpow musiał coraz częściej odpowiadać na kłopotliwe pytania. Nic zatem dziwnego, że również i tym razem dyskusja nieuchronnie zeszła na drażliwą kwestię niedoborów mięsa, czyli na kalorie, o których już zdaje się wspominałem. Towarzysz Karpow przez jakiś czas dawał wymijające odpowiedzi, jednak bez właściwej mu, wytrenowanej jeszcze ostatnio w podobnych starciach finezji. Coś wyraźnie mu przeszkadzało i nietrudno było mi stwierdzić, że tym czymś, a raczej kimś, była ONA, polska Galina Polskich, tylko jeszcze piękniejsza, a ściślej mówiąc jej szczere, utkwione w nim ufnie oczy, którym nawet Joseph Goebbels nie potrafiłby skłamać, a cóż dopiero on, trzeciorzędny urzędnik radzieckiego konsulatu w mało znanym na świecie targowym mieście. I tak się stało, że pod jej wzrokiem coraz bardziej plątał się w zeznaniach, aż w końcu, naciskany przez jakiegoś bezczelnego typka ze znaczkiem „Solidarności” w klapie, który się wyraźnie przed „Galiną” popisywał, bo co kilka słów spoglądał na nią – nie wytrzymał i wypalił typkowi w odpowiedzi:
– Mięsa nie ma, to ryby jeść trzeba.
Sala zamarła. Co tam sala, sam towarzysz Karpow zamarł, zamarła w pół drogi jego ręka, którą chciał sobie poniewczasie zatkać usta, zamarli na ścianie towarzysze Lenin, Breżniew i Gromyko, sierp i młot wyglądały jakby miały się zaraz odlepić i sfrunąć przedwcześnie na podłogę, nie czekając 1991 roku. Mnie w uszach wciąż brzęczały nieśmiertelne słowa żony Ludwika XVI, Marii Antoniny: „Chleba nie ma, to niech jedzą ciastka”, i bałem się poruszyć, bo wydawało mi się, że w ten sposób uruchomię mechanizm jakiejś gilotyny, która towarzyszowi Karpowowi natychmiast odetnie jeśli nie głowę, to przynajmniej język.
Lecz wtedy wśród śmiertelnej ciszy powstała z krzesła ONA i rzeczowym tonem osoby nie zdającej sobie sprawy z powagi sytuacji zapytała:
– Ryby? Jakie ryby?
To rozładowało napięcie i towarzysz Karpow, jeszcze nie wierząc w swoje wybawienie, zdołał jednak wyjąkać: – No, ryby, takie, no, z płetwami. – A potem widząc wpatrzone w siebie ufne oczy znanej mu z ekranu kobiety, tylko jeszcze piękniejszej, nabrał do reszty animuszu i powiedział ze swadą, świadczącą, że znów zaczyna być sobą:
– Przyznaję, że innych ryb słodkowodnych obecnie w Polsce nie ma, to szczera prawda, ale trochę bym się zdziwił, gdyby się okazało, że nawet o karpia trudno.
Gospodarz blogu napisał to wprawdzie trochę inaczej, cytuję: „Że innych ryb słodkowodnych nie było – to szczera prawda, ale że karp wypłynął w PRL – to mnie trochę zdziwiło, bo w PRL nawet o karpia było trudno”.
Niemniej słowa te od razu wydały mi się znajome i po nitce wartko snujących się wspomnień wnet dotarłem do kłębka toczonej wówczas dyskusji.
Dziewczyna powiedziała: – A gdyby się jednak okazało, że o karpia nie tylko trudno, ale że go w ogóle, tak jak innych ryb, nie ma, to czy przyznałby pan, że opowiadał tu głupstwa?
Wtedy on: – Nie przyznałbym, ponieważ to niemożliwe.
Na co ona: – Taak? To proszę mnie oświecić, ale zaraz, w tej chwili, gdzie w tym mieście można dostać karpia?
– Proszę bardzo – odpowiedział natychmiast – w Polskiej Centrali Rybnej. Nie haha, nie hehe – to było nie do niej, tylko do całej sali – ponieważ mam tam znajomych i jeszcze dziś do nich zadzwonię, a jutro towarzysz Fiodor – tu wskazał na mnie – tam z panią pójdzie i dopilnuje, żeby przyznano przydział karpi dla całego waszego biura projektowego, do odbioru przed Wigilią.
Oni wszyscy pracowali w biurze projektowym pewnego zakładu przemysłowego, którego nazwy nie ujawnię, powiem tylko, że robotnikom płacono tam pięć złotych od granatu. Tak, tak, przyznaję, to odgrzewany kawał, niemniej oparty na prawdzie, chociaż nie wiem, jak tam jest z tym teraz, i czy ten zakład w ogóle jeszcze istnieje.
Towarzysz Karpow wskazał na mnie, a pode mną nogi się ugięły. Ze szczęścia i niedowierzania: Ja miałbym spotkać się z tym bożyszczem na mieście? Iść z nią jakby nigdy nic ulicą, torować jej drogę przez portiernię, obcować z nią przez długie kwadranse, kto wie czy nie całe godziny? Krótko mówiąc, straciłem dla niej głowę. I serce.
Ledwo towarzysz Karpow wyrzekł słowa „do odbioru przed Wigilią”, zerwały się oklaski – autentyczne, spontaniczne oklaski, po których nie było już mowy o kłopotliwych pytaniach, i czuło się, że przyjaźń polsko-radziecka na powrót nabiera mocy i sensu. Nikt nie stawiał niemądrych i zbędnych pytań, czy towarzysz Karpow załatwi też karpia dla reszty miasta, albo chociaż dla reszty zakładu, tak daleko jednak solidarność ludzka nie sięga, chociaż powinna, ale cóż, bliższa ciału koszula.
Wbrew memu niedowierzaniu wszystko odbyło się gładko, telefon towarzysza Karpowa jednak coś jeszcze wtedy znaczył, i rzeczywiście przy załatwianiu sprawy spędziłem z „Galiną” – nomen omen, okazało się, że ma na imię Halina – długie godziny (sprawa jednak trochę się przewlekała), wystarczająco długie, by nawiązała się nić… nie powiem sympatii, ale pewnej zażyłości. Przyznałem się jej do mojego prawdziwego zawodu – też byłem inżynierem – ale przemilczałem, że w konsulacie pełniłem funkcję ciecia.
Nie będę ukrywał, zacząłem zamęczać ją telefonami, nęcić biletami do teatru, kartami wstępu do kabaretu. Czasem się udawało, czasem nie, częściej jednak tak. Ona nie potrafiła odmawiać. To nie do wiary jak łatwo jest omotać przyjaźnią naprawdę piękną kobietę. Takie kobiety po prostu każdemu ufają i nie przychodzi im do głowy, że za czyjąś życzliwością może czaić się podstęp, a nawet jak przychodzi, to natychmiast tę myśl odrzucają, brzydząc się własną podejrzliwością. A najgorsze jest to, że z nimi nigdy nie wiadomo, jak jest naprawdę, że nie wiesz, czy nie wyznając im miłości, nie tracisz jedynej w życiu szansy. I w rezultacie któregoś dnia jednak przebrałem miarę. Wiedziałem, że godzi się na te wybłagane, wycyganione spotkania wyłącznie w imię wmówionej jej przeze mnie przyjaźni, mimo to musiałem w końcu sprawdzić, czy jest – czy może być – coś poza tym.
Było to w kawiarni na rogu, gdzie czekaliśmy na rozpoczęcie spektaklu w oddalonym o kilkadziesiąt metrów teatrze. Ująłem ją w pewnym momencie za rękę, i to był koniec, nie poszliśmy już tego dnia do teatru, nie poszliśmy do teatru już nigdy więcej, ani do kabaretu, ani nawet na spacer.
Powiedziała: – Fiedia – ale takim smutnym, bezradnym głosem – puść mnie.
Natychmiast puściłem jej rękę, chociaż wiedziałem, że nie o to jej chodzi, w każdym razie nie tylko o to.
– Zrozum, Fiedia, ja mam chłopaka. On jest daleko, jest w Ameryce, ale wróci. Albo ja pojadę do niego.
Wiedziałem o tym chłopaku, ale nie przyjmowałem go do wiadomości, bagatelizowałem jego istnienie.
– Puść mnie, Fiedia – powtórzyła, chociaż już nie trzymałem jej ręki.
O kilka kroków od nas kelnerce spadła z tacy filiżanka. Drgnęliśmy oboje.
– Dobrze, Galina – powiedziałem, podnosząc się w końcu od stolika. Stałem tam jeszcze przez chwilę, ale nic w jej oczach, nic w jej twarzy mnie nie zatrzymywało.
Potem spotkałem ją jeszcze przypadkiem na ulicy, było to kilka miesięcy po ogłoszeniu stanu wojennego, o karpiach nikt już wtedy nawet nie marzył. Powiedziała, że jej chłopak wrócił, jak tylko usłyszał, co się stało w kraju, i że niedługo potem go internowano, bo wdał się w jakieś podziemne sprawy. Co było robić? Teraz już chyba rozumiecie, drodzy przyjaciele, dlaczego słowo „karp” mogło poruszyć czułą strunę w szerokiej jak rosyjski step duszy sowieckiego ciecia.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)