Jerzy George Jerzy George
92
BLOG

Ukraina walczy dalej

Jerzy George Jerzy George Polityka Obserwuj notkę 10

Mój dziadek, notabene katolik, brał udział w wyprawie kijowskiej w szeregach Petlury. Miał carskiego Mosina – nikt nie pytał skąd, może dostał go zwyczajnie z przydziału, może gdzieś skombinował albo ukradł, czy też po prostu znalazł na jakimś pobojowisku - i karbował na jego drewnianej kolbie trafionych bolszewików. Karbował ich na spodzie kolby dla odróżnienia od białych, których zakarbował na wierzchu kolby podczas zimowego pochodu. Pytany po latach przez synów i wnuków w długie zimowe wieczory, ilu też zabił tych białych i bolszewików, odpowiadał:

- Ta nijak nie mogę ja wiedzieć. Daj Bóg żadnego. Wiem tylko, ilu żem trafił, bom widział, jak moja kula zwalała ich z konia albo z nóg.

I po chwili milczenia:

- Było tego z półtora tuzina, ta było tego z półtora tuzina.

Zaciągał po lwowsku do śmierci, której doczekał na ziemiach odzyskanych pod koniec PRL-u.

Czyli mój dziadek jakby trochę się zasłużył Ukrainie walcząc ramię w ramię z Ukraińcami o jej niepodległość i poniekąd w obronie Polski. Ukraina niepodległości wtedy nie uzyskała. Natomiast dziadek całe dwudziestolecie międzywojenne przeżył z rodziną na Wołyniu. Tam sowieci nie doszli.

Później wiadomo co było. Dwie okupacje jedna po drugiej, a na koniec wszystko to, co dzisiaj bez dodatkowych wyjaśnień określa się jednym słowem – Wołyń. Dziadek również i ten okres tam przetrwał z rodziną. Szybko się okazało, że na jakiekolwiek względy z tytułu zasług wojennych nie mógł liczyć ze strony ukraińskich sąsiadów. Mój ojciec tylko dzięki talentowi w nogach parę razy uciekł Ukraińcom spod siekiery. Raz w jakiejś stodole, raz na pustej drodze. Jego dwaj bracia mieli podobne przygody. Zawsze kiedy szli gdzieś w pojedynkę.

Dziadek nie dowierzając swoim niemłodym już nogom nigdzie nie ruszał się sam. Jaki taki respekt Ukraińców wzbudzała dopiero grupa co najmniej trzech polskich mężczyzn i to przemieszczających się nie z pustymi rękami. Kobiety na ogół siedziały w domach. Ale nastały dni, gdy polskie rodziny w pełnym składzie musiały koczować przed własnymi domami, żeby ich Ukraińcy nie spalili żywcem w nocy.

Wreszcie gdy nad okolicą zaległa groza totalnej zagłady, rodzina mojego dziadka, wzorem innych polskich rodzin, przedostała się do pobliskiego Łucka, gdzie stacjonowało niemieckie wojsko. To ją ocaliło, bo pod okiem Niemców Ukraińcy nie poważyli się mordować Polaków.

Wśród ocalonych nie znalazła się jednak kuzynka dziadka, młoda, piękna, zamaszysta kobieta, która żyjąc z ukraińską społecznością za pan brat uwierzyła, że nic ze strony Ukraińców nie może jej grozić. Krewni znaleźli ją w polu pod lasem, martwą, ze związanymi kolczastym drutem rękami.

Teraz Ukraina znowu walczy. I znowu ramię w ramię z Ukraińcami walczą Polacy. Nie do końca oficjalnie. Oficjalnie mówi się, że Ukrainę trzeba wspierać. Transportami sprzętu, transferami funduszy, dostarczaniem kluczowych informacji wywiadowczych, w tym danych satelitarnych, okazywaniem pomocy humanitarnej, nakładaniem sankcji na Rosję. I w taki właśnie sposób konsekwentnie Ukrainę się wspiera. Powszechnie wiadomo, że bez tego wsparcia Ukraina już dawno by przegrała wojnę.

Zachód z równą konsekwencją jednej tylko formy wsparcia skąpi Ukrainie – wysłania jej na pomoc własnych wojsk. Mówi się, że Ukrainę trzeba wspierać, bo walczy ona nie tylko o utrzymanie swojej suwerenności, lecz również w obronie Polski i innych krajów NATO. Jest to bardzo przekonywujący argument. Ale Ukraińcy w obronie również Polski i innych krajów NATO muszą umierać sami.

Do krajów sympatyzujących z Ukrainą docierają rozmaite szacunki. Od czterozerowych do znacznie wyższych. Niektóre media podają liczby ofiar ocierające się o miliony. Szacunki te łagodzone są uściśleniami, że mowa o milionach zabitych i rannych łącznie. Powszechnie znane są też informacje o stosunkowo niskiej ilości ofiar wśród ludności cywilnej. Zadziwiająco niskiej - mamroczą szeptem różne podejrzane typy. - W zasadzie giną jedynie ukraińscy żołnierze, czyli nie jest aż tak źle.

Tylko kto da się nabrać na takie krzepienie serc? Powiedzieć odważnie, że jednak jest źle, to nic nie powiedzieć. Jest koszmarnie. Ukraina już przed rozpętaną w Polsce histerią z orderem zsuwała się dzień po dniu w piekielną otchłań, bez realnych szans na ratunek.

Wypominanie Ukrainie w takich okolicznościach zbrodni popełnionych w zamierzchłych czasach jawi się jako coś absolutnie nie na miejscu. Tak samo jak oburzanie się na decyzję o nadaniu kontrowersyjnego miana wykrwawionemu pułkowi, będącą rozpaczliwym nawoływaniem do zwarcia ukraińskich szeregów. Uważam, że odebranie z powodu tej decyzji wysokiego orderu prezydentowi Ukrainy przy jednoczesnym łaszeniu się do Niemiec, które wyrządziły Polsce tysiąckrotnie więcej krzywd, było małostkowym gestem polskiej klasy politycznej obliczonym na tani poklask elektoratu, za co III RP słusznie dostała siarczysty policzek w postaci natychmiastowego odesłania orderu pocztą.

Jak można tak uważać, będąc w pełni świadomym okropnych przejść rodziny własnego dziadka? Najwyraźniej jakoś można.

Dzisiaj sytuacja Ukrainy jest jeszcze gorsza. Krzyczą o tym na cały świat bezlitosne fakty. Rosja systematycznie niszczy mosty na Dnieprze i Dniestrze, ukraińskie porty wzdłuż czarnomorskiego wybrzeża, punkty odpraw przy granicach z państwami UE i Mołdawią. Jeszcze trochę, a Ukraina będzie kompletnie odcięta od świata i wszelkiej pomocy.

Wszystko to dzieje się w miarę postępującej dewastacji całego kraju. Na Kijów i inne ukraińskie miasta dniami i nocami lecą chmary rosyjskich pocisków. Manewrujących, hipersonicznych, balistycznych. Stadami ciągną rosyjskie drony, ostatnio coraz częściej odrzutowe. Nie ma już przed tym wszystkim żadnej skutecznej obrony.

Uparcie rozpowszechniana jest pogłoska, że w wyniku powietrznych ataków infrastruktura krytyczna Ukrainy została zniszczona w 90-ciu procentach. Otóż nie, rosyjskie ataki zniszczyły tylko 90 procent nowoczesnych obiektów magazynowych oraz 90 procent mocy produkcyjnej tradycyjnych elektrowni węglowych i gazowych. Poza tym w wyniku blokady i ataków na porty Ukraina utraciła też 90 procent swojego handlu drogą morską. Natomiast uszkodzenia ogólnej infrastruktury transportowej i drogowej Ukrainy według Kijowskiej Szkoły Ekonomicznej i Banku Światowego mają wynosić około 30 procent, zaś łączny potencjał całego ukraińskiego systemu energetycznego, w tym sieci przesyłowych i elektrowni jądrowych, miał zostać w toku wojny wyłączony w 66-ciu procentach. Ocalała też ogromna liczba stacji benzynowych. Rosjanie zniszczyli ich niewiele ponad 300, co stanowi zaledwie 4 procent ogólnej liczby 7500 stacji paliwowych działających przed wojną.

Polska szkoła geopolityczna krzepi się doniesieniami, że Ukraińcy łupią po Rosji uderzeniami osławionej długiej ręki. Rosyjska infrastruktura dzięki temu też doznaje kolosalnego uszczerbku. To niezaprzeczalny fakt. Z kolei internetowa szkoła wojenna podnieca się raportami o milionach zabitych Rosjan, co również może być prawdę, a nawet więcej niż prawdą. Rosja też cierpi, w Rosji też nie ma już normalnego życia. Z tym, że Rosja cierpi wielokrotnie mniej niż Ukraina, a życie w Rosji toczy się o niebo normalniej niż na Ukrainie. I to jest czynnik rozstrzygający. Świat widzi, że Rosja wygrywa, a Ukraina przegrywa.

Unia Europejska widzi to może znacznie wyraźniej niż Stany Zjednoczone, ale w odróżnieniu od nich, nie rezygnuje ze wspierania Ukrainy, nie zawiera z Rosją porozumień w sprawie dostaw rosyjskiego diesla, choć bardzo by się to przydało jej gospodarce, która ledwo dyszy. Czy liczy na to, że Ukraina zacznie w końcu wygrywać? Że coś chrupnie w machinie Federacji Rosyjskiej? Dlaczego więc Ameryka na to już nie liczy? Może Unii nie chodzi teraz o samą Ukrainę, a o własne miejsce na światowej szachownicy i dlatego pozycjonuje się w kontrze do Ameryki. W ogniu konfrontacji z Ameryką i kto wie, nawet kinetycznej wojny z Rosją, na którą wysłałoby się choćby Polaków, może uda się wykuć czwarte światowe imperium, Stany Zjednoczone Europy.

Nie do zniesienia jest myśl, że Ukraina po raz kolejny może nie osiągnąć celu, jakim jest dla niej trwała suwerenność. Nie osiągnęła go w czasach Chmielnickiego. Nie osiągnęła po pierwszej wojnie światowej. Nie osiągnęła po drugiej. I teraz miałaby znowu nie osiągnąć? Po prostu rozpacz. To już czwarta próba. Ile jeszcze ma ich być, jeśli i ta skończy się porażką? Ukraina zawsze walczyła nie szczędząc ludzi i dobytku, ale jeszcze nigdy z taką determinacją i taką pogardą grożących jej strat biologicznych i materialnych, jak w tej wojnie. Straty są przerażające. Każdy, kto to dostrzega, staje wobec odwiecznego dylematu. Co ważniejsze, istnienie państwa czy życie człowieka? Bić się i ginąć czy żyć w niewoli? Świat obserwujący tragedię Ukrainy, coraz bardziej skłonny jest doradzać Ukrainie zaprzestanie walki. Ale Ukraina walczy dalej.



Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (10)

Inne tematy w dziale Polityka