Pierwszego okresu w Ameryce chyba bym nie przetrwał bez Iwaszkiewicza. Wszystkie dni były do siebie podobne jak dolar do dolara; dwanaście godzin spędzałem przy obowiązku, siedem w wąskim jak półka łóżku, w którym nie do pomyślenia było uprawianie czegoś innego prócz spania, pięć pozostałych godzin upływało mi w otępieniu - na oglądaniu reklam telewizyjnych przerywanych urywkami jakichś filmów, kontemplowaniu własnych skarpet fruwających w bębnie napędzanej quarterami suszarki, jednej z tuzina zainstalowanych w pobliskiej pralni, czy przeżuwaniu pizzy w przypadkowej jadłodajni, do której decydowałem się wkroczyć po długotrwałej wędrówce po mieście, stwierdziwszy, że na ulicach nie znajdę już tego dnia bardziej ekscytującej przygody.
Iwaszkiewicz był w bibliotece, gdzie uzupełniałem wiedzę fachową. Stał w szeregu innych polskich autorów, niczym się spośród nich nie wyróżniając, prócz jasności obciągniętych płótnem okładek. On i oni byli na wynos i wielu z nich zaczęło odpoczywać od zakurzonych półek na zakurzonej podłodze mojego pokoju. Niektórych czytałem, niektórych kartkowałem, niektórzy wracali na półki bez przewietrzenia stronic. Z początku preferowałem Hłaskę, Tyrmanda i tym podobne rzeczy, potem wdałem się w serię romansów z Adolfem Rudnickim, Jerzym Andrzejewskim, Marią Dąbrowską, Markiem Nowakowskim, w końcu jednak był już tylko Iwaszkiewicz. Prócz niego nic innego długo nie mogłem wziąć do ręki, nie umiem sobie wytłumaczyć dlaczego, nie wiem, jakie mógł zaspokajać tęsknoty, przecież z żadną brzeziną nigdy się nie zżyłem, turkot żadnych młynów nigdy nie zakłócał mi nocy, od połockich klasztorów zawsze skutecznie oddzielały mnie czas, przestrzeń i historia – a jednak.
A jednak nie potrafiłem się powstrzymać i za każdym razem, gdy znowu zbłądziłem między polskie regały, wracałem do pustego pokoju z jasnym tomem pod pachą. Wkrótce nie mogło już być inaczej. Któryś z tych jasnych tomów musiał albo w tej celi na mnie czekać, albo ja musiałem go tam nieść pod pachą. Tylko wtedy te pięć godzin przed zaśnięciem przestawało mi się wydawać dożywotnim wyrokiem.
Naga prawda jest taka, że, w Polsce czy w Ameryce, każdy ma jakiegoś świra, ale póki nikt nie wie o nim, może go sobie hodować w spokoju. Tymczasem mnie zaczynała dręczyć obawa, że mój świr na punkcie Iwaszkiewicza został zdiagnozowany przez jedną z pracownic, które przy kontuarze rejestrowały wypożyczane książki na bibliotecznych komputerach. Do dzisiaj nie rozumiem, co mogło wzbudzić moje podejrzenie, bo nigdy najmniejszym grymasem, najprzelotniejszym choćby spojrzeniem, nie okazała, że się domyśla mojej tajemnicy.
Nie zawsze stała przy kontuarze, obsługa biblioteki wciąż wymieniała się zajęciami, czasem widywałem ją za pulpitem przy bramkach detekcyjnych, czasem zajętą ustawianiem zwróconych książek na półkach, czasem siedziała tyłem do szeroko otwartych drzwi w malutkim pokoiku przy schodach i wystukiwała na komputerze jakieś statystyki. Raz, co prawda, minęła mnie przy półce akurat w momencie, gdy zdejmowałem z niej Iwaszkiewicza, ale to niczego nie dowodziło, bo potem już nigdy mnie nie nakryła na gorącym uczynku.
Niekiedy widywałem ją w mojej okolicy, musiała też tam mieszkać, robiła zakupy w tych samych sklepach, jadła w tych samych fast foodach, kiedyś parę metrów ode mnie oddawała się melancholijnej kontemplacji kilku par dżinsów fruwających w bębnie suszarki, której najczęściej używałem. Ale te przypadkowe zetknięcia nie pociągały za sobą żadnych następstw, nie dostrzegała mnie ani w bibliotece, ani na ulicy, gdy szykowałem się do nigdy niewykonanego ukłonu.
To też niczego nie dowodziło, mogła być spostrzegawcza i zwyczajnie zauważyć, że wypożyczam wciąż te same jasno oprawione książki, zwłaszcza że czasem przypadek sprawiał, iż obsługiwała mnie parę razy z rzędu. Z drugiej strony raczej nie mogła wiedzieć nic o Iwaszkiewiczu, czy w ogóle o istnieniu literatury polskiej, jej akcent, gdy zwracała się do mnie z informacją o terminie zwrotu książek, czy z dłuższymi kwestiami do współpracowników, nie pozostawiał najmniejszej wątpliwości co do jej niczym nieskażonego amerykańskiego obywatelstwa. I nie mogłem być niczego pewien, ani w jedną, ani w drugą stronę.
Rzecz dziwna, innymi pracownikami się nie przejmowałem, mogłem dziesięć razy z rzędu wypożyczać u nich tego samego Iwaszkiewicza, mogli go sobie oglądać na wszystkie strony, potrząsając ze zdziwieniem głową, nie krępowało mnie to ani trochę. Gdy kiedyś, na dokładkę do Iwaszkiewicza, wypożyczyłem „Hunting cockroaches” Głowackiego (po polsku tego tam nie było), pracownik, na którego trafiłem, oddał mi książkę ze słowami: - Dobrego polowania. - Gdybym coś takiego usłyszał od niej, czułbym się upokorzony, natomiast temu facetowi zapisałem w sercu sporego plusa i dopiero teraz przychodzi mi do głowy, że może oni tam plotkowali między sobą o mnie.
Raz powziąwszy obawę, zacząłem najpierw nieświadomie, a potem już z jawną premedytacją, jej unikać. Brałem z półki Iwaszkiewicza tylko wtedy, kiedy jej nie było za kontuarem. W ogóle najczęściej najpierw sprawdzałem, czy ona tam stoi; gdy stała, nieraz od razu wychodziłem z biblioteki. Bywało też, że przychodziłem z całkowicie niewinnym zamiarem uzupełnienia wiedzy fachowej i dopiero wracając zabierałem po drodze pierwszego z brzegu Iwaszkiewicza, w nadziei, że nie będzie jej przy kontuarze. Czasem się udawało, czasem nie, wtedy kładłem Iwaszkiewicza na pierwszym lepszym stole i wychodziłem z pustymi rękami, pocieszając się myślą, że tego wieczoru moim zbawieniem będzie inny Iwaszkiewicz, którego przezornie jeszcze nie zwróciłem.
Przede wszystkim trzymały mnie jednak listy. Zwyczajne, odręcznie pisane listy, internet do tamtej pory jeszcze nie zdążył się upowszechnić, i Iwaszkiewicz pomagał mi na nie czekać. Gdy przychodziły, on odpoczywał na podłodze, gdy ich długo nie było, znowu jechałem do biblioteki i bawiłem się z nią w te jednostronne podchody. Ona niczego nie dostrzegała, bo jak można dostrzec urojenia zupełnie obcego faceta, ale dla pewności co jakiś czas odwiedzałem ją przy kontuarze z naręczem fachowych woluminów, żeby naocznie się przekonała, że niesłusznie bierze mnie za świra.
W trakcie jednej z takich akcji rehabilitacyjnych nagle zapytała: – Wciąż jeszcze mieszkasz na Greenwich Avenue? – Serce mi zabiło. Ochrypłym głosem powiedziałem, że tak, nadal tam mieszkam, i chciałem ją spytać, czy też tam nadal mieszka, ale czułem w kieszeni nad tym małodusznie rozhuśtanym sercem twardy kontur otrzymanego niedawno listu i to pytanie nie chciało mi przejść przez gardło. Wtedy usłyszałem, jak jej współpracowniczka przy sąsiednim komputerze pyta innego z wypożyczających: – Wciąż jeszcze mieszkasz na West 42nd Street? – Odetchnąłem. To było rutynowe pytanie. Tego dnia zadawały je każdemu, żeby uaktualnić adresy na wypadek konieczności wysłania monitu i strasznie bym się wygłupił, odwzajemniąjąc się takim samym pytaniem.
Niedługo po tym incydencie coś dziwnego zaczęło się dziać z listami. Nadal nadchodziły regularnie, nadal było w nich dużo potrzebnych mi słów, ale to, co najważniejsze, nagle w nich wyblakło, wciąż tam było, ale odmienione jak drzewo, z którego osypały się liście. Ostatniego z tych listów nigdy nie otworzyłem, po nim przyszła jeszcze gęsto ostemplowana koperta, którą otworzyłem, bo wiedziałem, że były w niej dokumenty, których nie mogłem nie podpisać.
Wciąż trzymam te listy. Powie jakiś dzisiejszy szczęściarz, szykując palce do odliczania: Teraz są lepsze sposoby na przetrwanie rozłąki, mamy email, mamy czat, mamy whatsapp, mamy twitter. Święta prawda, szczęściarzu, tylko może nie mów mi o tym.
Czas wszystko wygładził, zanim nastąpił urzędowy finał. Po staremu spędzałem dwanaście godzin przy obowiązku, pięć w otępieniu i siedem w łóżku; z tym, że już w innym, znacznie szerszym niż półka, nie wiem dokładnie o ile cali czy centymetrów, ale mogło mieć szerokość dziesięciu czy piętnastu bibliotecznych półek i choć już nikomu nie chciałem być wierny, nadal byłem wierny Iwaszkiewiczowi, a ona nadal uprzykrzała mi ten jedyny udany w moim życiu romans.
Tego dnia poszedłem do biblioteki nawet nie po wsparcie duchowe, miałem akurat w domu parę jasnych tomów, ale potrzebowałem kilku książek ze swojej dziedziny i tylko z nawyku ściągnąłem z półki pojedynczego Iwaszkiewicza. Szedłem w stronę kontuaru ze zwieszoną głową i dopiero w połowie holu spostrzegłem, że jest tam tylko ona, żadnej szansy, że obsłuży mnie kto inny. Zawróciłem więc do sali, która wiodła do holu i położyłem trefną książkę na pierwszym z brzegu stole, a pozostałe zaniosłem do niej na kontuar.
Nie spojrzała na mnie ani razu, gdy metodycznie skanowała prążkowane paski na odwrocie książek. W trakcie tej pracy powiedziała mimochodem do wychodzącej z zaplecza współpracowniczki: - Podobno jutro ma padać. - Potem zwróciła się do mnie: - Przepraszam na moment - i wyszła zza kontuaru. Zaraz wróciła i położyła na kontuarze jakąś książkę. Spojrzałem na okładkę. Był to mój Iwaszkiewicz. Pomyślałem: „Wszystko mi jedno, jutro wsiadam w samolot i wracam do Polski”. Ona zaś zeskanowała pasek na odwrocie książki i podając mi ją, powiedziała: - Nie trzeba się wstydzić. Ja wiem, co to jest samotność.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)