Moja droga z PRL na Zachód przypominała dziecinną grę w pomidora. Państwo oczywiście pamiętają, co to jest gra w pomidora. Na każde, nawet najgłupsze pytanie, trzeba było z kamienną twarzą odpowiedzieć: pomidor. Kto ty jesteś? Pomidor. Jaki znak twój? Pomidor. Co jest kraj twój? Pomidor. Coś mu winien? Pomidor. Jak ktoś się roześmiał, musiał dać fanta. Dzieciom do pięciu lat śmiech groził utratą łopatki lub wiaderka. Starsze dzieci musiały się liczyć z haraczem w postaci majtek lub staniczka, ale to ostatnie dotyczyło tylko lepiej rozwiniętych dziewczynek. Żartuję, żartuję!!! Jak wszyscy doskonale pamiętamy, od piątego roku życia skłonne do śmiechu dzieci traciły jedynie kokardki lub samochodziki, a majtki i staniczki dopiero po ukończeniu dziesięciu lat. W każdym razie niezależnie od wieku stawka była poważna i tak naprawdę człowiek rzadko kiedy co ugrał. Nie muszę chyba dodawać, że wkraczająca w wiek dorosły młodzież przenosiła się ze swoją grą ze schodów do piwnicy, oczywiście o ile przeżarci dulszczyzną rodzice nie zaopatrzyli przedtem wejścia w kraty pod pozorem zabezpieczenia zawartości podziemi przed kradzieżą. Wtedy grającym pozostawały tylko okoliczne zarośla. Teraz może jest już inaczej, ale za moich czasów gra owa miała również swój istotny wymiar edukacyjny. W jaki bowiem inny sposób ówczesne dzieci miały się dowiedzieć, jak wyglądają ptaszek i gniazdeczko? Wszak lekcji wychowania seksualnego wtedy jeszcze nie było…
No, ale chyba za daleko odbiegłem w dygresje. Miało być o mojej drodze z PRL na Zachód. Otóż wiodła ona przez stację o nazwie Esbecja i naprawdę bardzo przypominała dziecinną grę w pomidora. Nie wiem jak inni podróżni, ale ja na każde głupie pytanie smutnego pana z SB miałem jedną standardową odpowiedź: Mnie interesuje tylko praca w wyuczonym zawodzie. Swoją drogą ciekawe, że na takie rozmowy nigdy z SB nie wysyłano smutnych pań. Widywało się wprawdzie po posterunkach seksowne milicjantki. Jak taka usiadła w tej swojej wąskiej spódniczce na krześle i jeszcze założyła nogę na nogę, to naprawdę było coś. Ale seksownych esbeczek jakoś wtedy się nie spotykało. W każdym razie nie przychodziły one na tego rodzaju rozmowy. Może smutni panowie z SB trzymali je wyłącznie dla siebie w swoich tajnych urzędach. Zresztą nawet teraz, pomimo parytetu płci, brak damskiej siły fachowej w szeregach wywiadu po prostu bije w oczy. Weźmy choćby Angelinę Jolie. Takiej agentce prawie na pewno bym nie powiedział: Mnie interesuje jedynie praca w wyuczonym zawodzie. Ale czy szary człowiek jak ja ma choćby najmniejszą szansę zgodzić się z rozkoszą zostać tajnym współpracownikiem na prośbę takiego bóstwa jak ona? Na to trzeba być Bradem Pittem, a do pełnego zapału kandydata z ulicy zawsze przyjdzie smutny pan. Kto wie, może w czasach Esbecji przynajmniej panie miały życiową szansę trochę się zeszmacić w zamian za paszport na widok przystojnego agenta. W te sprawy nie będę wnikał. Wiem jedno, mnie z moim smutnym panem z SB nie byłoby po drodze na Zachód nawet jakbym był gejem. Na Rocka Hudsona pewnie bym się i za darmo skusił, nawet jako zdeklarowany hetero, ale mój esbek nie był Rockiem Hudsonem, był to raczej taki Putin - siny wypławek z wyblakłymi oczami i resztką włosów przylepioną do czoła. Wobec kogoś takiego nie pozostawało mi nic innego, jak grać w pomidora.
Smutny pan z SB oczywiście nie przez cały czas zadawał głupie pytania, powiedziałbym nawet, że zadawał je z rzadka, większość pytań była raczej z gatunku retorycznych, na które sam znał odpowiedź, czasem lepiej niż ja. Pomijam tu pytania o personalia, czy miejsce zamieszkania, na które oczywiście nie było sensu odpowiadać, że interesuje mnie wyłącznie praca w wyuczonym zawodzie i rozsądniej było odpowiedzieć zgodnie z prawdą. Ale na przykład w pewnym momencie spytał mnie znienacka, czy przechodziłem jakieś choroby weneryczne. W tym wypadku pomidor już bardziej był na miejscu i odpowiedziałem, że praca nie pozostawia mi zbyt wiele czasu na szukanie ku temu okazji, co nie do końca było prawdą, bo owszem, pozostawiała, pozostawiała, ale widocznie miałem więcej szczęścia niż rozumu i jakoś się ustrzegłem. On jednak z aprobatą kiwnął głową i odhaczył sobie zgodność otrzymanej odpowiedzi z informacją zapisaną w notatniku. Co choroby weneryczne mogły mieć do paszportu, do dziś nie wiem, ale wtedy to jego bezwiedne kiwnięcie głową, ta bezwiedna aprobata, dały mi pierwszą wyraźną wskazówkę, czego muszę się trzymać, jeśli marzy mi się Zachód.
Nie zamierzam tutaj państwu niczego ściemniać. Idąc na spotkanie z tajniakiem do gabinetu naszego wicedyrektora, który na te pół godziny wyniósł się jak zwykle na kawę do sekretarza POP, wiedziałem doskonale, po co idę. Że idę na przesłuchanie, jako kandydat na wtykę, czyli jako potencjalny TW. Wiedziałem to ja, wiedzieli moi koledzy, wiedział wicedyrektor. Nie mogli nie wiedzieć sekretarz POP i nawet sam dyrektor, który nie skalawszy się nigdy przynależnością do PZPR, czy cieniem sympatii do panującego ustroju, nie życzył sobie czegokolwiek o takich sprawach wiedzieć. Słowem, chcąc nie chcąc, wiedzieli wszyscy. Dlatego niech mi nikt nie mówi, że takich rzeczy nie było, że takie rzeczy się nie działy, bo jest to świadome kłamstwo, albo przejaw politycznej ślepoty. Jeśli ktoś z wyjeżdżających nie był na spotkaniu z tajniakiem, to został w inny sposób sprawdzony i zakwalifikowany jako zdatny lub niezdatny do służby. Form podpisywania cyrografu było bez liku. Od nieprzyzwoitych propozycji wielu ludzi chroniła sama przynależność do partii lub ówczesnego establishmentu. Ale nawet tacy ludzie jak Krzysztof Zanussi czy Zbigniew Herbert musieli przejść przez to upokorzenie.
Ja idąc na spotkanie z tajniakiem, nie miałem złudzeń co do jego intencji. Nie wiedziałem tylko, czego powinienem się trzymać. Jedno wiedziałem na pewno. Że w żadnym wypadku niczego nie podpiszę, choćby ze względu na tych wszystkich wiedzących. Wtedy nie kumałem jeszcze, że będąc nikim, nie mogę liczyć ze strony SB na jakąkolwiek dyskrecję. Dyskretne spotkania w kawiarniach, w hotelowych pokojach, czy wręcz już na wyjazdach, były tylko dla wielkich tamtego świata. (Dopiero teraz wyłazi to na jaw, zresztą ku zgryzocie znacznej części inteligencji, która łka sobie nawzajem w klapy: Po cóż, ach po cóż nam taka wiedza!?) Od prostych pracowników jak ja oczekiwano, że się zeszmacą ku chwale ojczyzny na oczach całego otoczenia. Nie wiem, co było większą ohydą – samo wciąganie ludzi w ten gnój, czy całkowite nieliczenie się z ich prywatnością. Przecież nawet ten, co odmówił podpisania cyrografu, czy jakoś wyłgał się od tego, był naznaczony podejrzeniem.
Najśmieszniejsze, że człowiek wtedy nawet nie zdawał sobie sprawy ze swego upodlenia. Myślał, że tak po prostu jest, że takie są prawa natury. Był śmieciem i dawał sobą pomiatać jeszcze gorszym śmieciom, zupełnie o tym nie myśląc. Działo się to bez względu na format delikwenta. Na wieść o możliwości wyjazdu zarówno wielki Herbert, jak ledwo wiedzący, że żyje, Jurcio, biegli w pokłonach do jakiegoś esbeka o wyblakłych jak u ryby oczach – no bo przecież paszport! I dopiero siedząc na brzeżku krzesła, nie śmiąc całymi czterema literami na nim usiąść, przypominali sobie, że trzeba zachować godność. Jedni, jak pewien astronom z Torunia, z godnością dawali ciała, inni, jak Herbert czy Zanussi, z godnością negocjowali i odbierali paszport w przekonaniu, że przechytrzyli kapłanów chytrości.
Jurcio ani nie dał ciała, ani nie negocjował. W swoim ówczesnym przekonaniu przesmyknął się do raju dzięki temu, że skutecznie udawał poczciwego głuptaka. W rzeczywistości był nim istotnie, wyobrażając sobie, że esbek, który zęby zjadł na takich śmieciach jak on, dał się na to nabrać. Esbek zwyczajnie zobaczył, że od tego, co wyśledzi Jurcio, PRL-owi ani nic nie przybędzie, ani nie ubędzie, i po prostu machnął na niego ręką – niech se tam sirota jedzie. Niemniej pytania typu „jakie są pana przekonania polityczne”, czy „jaki jest pana stosunek do Solidarności”, czuł się w obowiązku zadać i rzecz prosta zadał. A ja w odpowiedzi, zachęcony sukcesem zastosowania wariantu „pomidor” przy pytaniu o rzeżączkę, posłużyłem się swoim „wyuczonym zawodem” po raz wtóry i parę kolejnych. Na pozór skutecznie, skoro znów uzyskałem pełne aprobaty kiwnięcia głową i sążniste haczyki w esbeckim notatniku.
Do końca przepisowych trzydziestu minut na zegarze ściennym brakowało trochę czasu. Myślałem, że esbek jeszcze o coś zapyta, albo nagle położy przede mną cyrograf. Ale nie. Wstał i wyciągając do mnie rękę, powiedział serdecznie: – No to niech pan się tam zachowa jak prawdziwy Polak. – I dopiero wtedy nastała chwila najgorsza, wtedy dopiero mogłem przegrać grę w pomidora. Ale wytrzymałem i tylko to poczytuję sobie za swoją wyłącznie zasługę.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)