Od jakiegoś czasu trwa festiwal oburzenia na łże-autorytety, krytykujące Nasz Wspaniały Rząd za granicą. Paroksyzmy odrazy szczególnie nasiliły się po ostatniej wypowiedzi Kwaśniewskiego dla "Vanity Fair" (zdaje się pisemko klasy Twego Stylu, adresowane zapewne do podobnego "targetu". Żaden "Le Monde" czy "Stern". Na forach netowych niezgoda jest tylko co do tego czy Kwach to foks czy żydek (a być może jest do pomyślenia fuzja tych dwojga).
Ciągle pada argument "brudy prać w domu" czy echa "right or wrong my country".
I tu dzwoni mi dzwoneczek alarmowy. Ja dobrze pamiętam histerię przeciwko Janowi Lipskiemy gdy w RFN ogłosił swoje wielkie "Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy". Ja dobrze pamiętam Żukrowskiego czy innego Przymanowskiego gdy w stanie wojennym egzorcyzmował własnie owym "right or wrong.." "bezprzyładne opluwanie Polski za granicą". Zresztą, być może był to Dobraczyński. Zdaje się, że zaraz potem plakatowane było słynne Drzewo Zdrady Narodowej.
Jeszcze jedna uwaga. Rozumiem, że tak pieszcząc standarty nie będzie się dopuszczać by w polskiej prasie jakiś łobuz z Białorusi krytykował Łukaszenkę lub nie daj Bóg jakiś lewak z USA natrząsał się z polityki Busha. Brudy se pierzta chłopoki u siebie. My wam damy przykład.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)