Blog
Jerzy Żyżyński
Jerzy Żyżyński
Jerzy Żyżyński Profesor nauk ekonomicznych, poseł na Sejm RP
0 obserwujących 10 notek 24298 odsłon
Jerzy Żyżyński, 30 czerwca 2015 r.

O nonsensie pomocy unijnej

Jerzy Żyżyński

Pomoc unijna – kraina nonsensu

Ogłoszono kolejne „Narodowe dni euforii z powodu finansowania ze środków unijnych”, gdzieś tam szykują nawet bale z tej okazji. Ale nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, że tzw. pomoc unijna to w gruncie rzeczy jeden wielki humbug ekonomiczny i kraina nonsensu.

Po to, by zrozumieć efekty napływu środków pieniężnych z zagranicy, trzeba najpierw zrozumieć, czym jest, w sensie ekonomicznym, czyli oddziaływania na procesy gospodarcze, pieniądz w ogóle, a pieniądz zagraniczny w szczególności. Rozważając kwestie teoretyczne teorii pieniądza można powiedzieć, że najbardziej syntetyczna definicja pieniądza określa go jako „prawo do nabywania dóbr i usług”. Członkowie gospodarującej społeczności produkują różne dobra i oferują usługi, a pieniądz jest swoistym narzędziem, dzięki któremu te dobra i usługi zostają między nich rozdzielone, w ten sposób, że każdy otrzymuje prawo do nabycia części tego, co zostało wytworzone; pracodawcy pozyskują te prawa sprzedając wytworzone w ich fabrykach produkty i część tych praw przekazują swym pracownikom, by wykupili oni to, co zostało przez wszystkich wytworzone; część tych praw zostawiają sobie, by nabyć to, co zaspokoi ich potrzeby. Płacąc podatki przekazujemy te prawa tym, którzy funkcjonują  w sferze publicznej. Oszczędzając przez odłożenie tych praw w systemie finansowym, przekazujemy je tym, którzy biorą kredyty – jeśli te kredyty finansują  inwestycje produkcyjne, czyli prawa do zakupu dóbr i usług są przekazywane wytwórcom dóbr inwestycyjnych, to powiększa się zdolność społeczeństwa do wytwarzania dóbr i usług, staje się ono bogatsze rosną dochody. A wtedy gospodarka dla utrzymania równowagi między sferą pieniądza i sferą realną potrzebuje więcej tego swoistego „narzędzia”: potrzebna jest kreacja dodatkowej puli tych praw – mówi o tym sławna „formuła wymiany” amerykańskiego ekonomisty Irvinga Fishera (MV = PQ). Tak w wielkim skrócie i uproszczeniu wygląda funkcjonowanie gospodarki i rola w niej pieniądza.

Ale skoro pieniądz funkcjonujący w danej gospodarce jest prawem do nabywania dóbr w tej gospodarce wytworzonych, to oczywiście pieniądz z zagranicy jest prawem do nabywania dóbr i usług za granicą. Normalnie gospodarka otrzymuje te prawa sprzedając część wytworzonych u siebie dóbr za granicą: pozyskujemy waluty zagraniczne poprzez eksport i wykorzystujemy je realizują import, czyli sprowadzając różne produkty z zagranicy – dokonywana w ten sposób wymiana walut jest de facto wymianą praw do nabywania dóbr i usług. Może i normalnie (bo stanowi normę światową), ale niezbyt mądrze jest, jeśli pozyskujemy te zagraniczne prawa w zamian za własny majątek lub zadłużając się za granicą – niezbyt mądrze, bo to z reguły kosztuje więcej niż się otrzymało: utratę własnych zdolności do wytwarzania, ubytek miejsc pracy (gdy zagraniczne zakupy naszych fabryk okazały się wrogimi przejęciami), albo płacąc wysokie odsetki za sprzedane zagranicznym nabywcom papiery dłużne (obligacje) i dopłacając do wzrostu wartości tych zagranicznych praw, gdy nasze się zdewaluują.

Pomoc zagraniczna polegająca na przekazaniu nam kreślonych środków zagranicznych, w tym przypadku euro, to rzecz nieoceniona, ale powinna być także – jak wynika z tej definicji pieniądza - niczym innym jak przekazaniem nam części uprawnień do nabywania dóbr i usług za granicą na konkretne, mądrze zaplanowane przez nas cele, służące szeroko rozumianemu rozwojowi naszej gospodarki. Ale okazuje się, że sprawa jest bardziej skomplikowana i pojawiają się różne nonsensy.

Trochę liczb. Od wejścia do Unii 1 maja 2004 r. do końca 2014 r. Polska otrzymała z budżetu UE w ramach różnych programów unijnych 109,5 mld euro, a w tym samym czasie przekazała Unii 35 mld euro składki, zwróciliśmy 143 ml euro, zatem „na czysto” otrzymaliśmy 74,3 mld euro.

Jeśli wszak chcielibyśmy mówić o bilansie ogólnym naszych relacji z zagranicą, to warto wiedzieć, że w tym samym czasie jedenastu lat wytransferowano z Polski 209 mld euro (851 mld zł), a co prawda po zsumowaniu tych odpływów z tym, co napłynęło mamy saldo dwa razy mniejsze: -107 mld euro (w ujęciu złotowym to -436 mld zł), to i tak to, co z Polski odpłynęło to jest sporo więcej niż te finansowe uprzejmości dane nam z budżetu unijnego.

Tu drobna uwaga na marginesie. Odnosi się wrażenie, że w statystyce bilansu płatniczego mamy ostatnio jakąś wielce radosną twórczość, bo podczas gdy dotychczas zawsze wszystkie sumy się zgadzały, to teraz kompletnie nic się nie zgadza – ale to tak na marginesie (może tkwi w tym jakaś nieznana mi tajemnica nowatorskiego sumowania liczb bilansu płatniczego?).

W minionym 2014 r. dodatnie jedenastoletnie saldo europejskich środków przyrosło o 13 mld euro. Kwoty finansowania ze środków unijnych podają coroczne budżety: w 2014 r. określono 78 mld zł „dochodu budżetu środków europejskich”, oraz 78,4 mld zł „wydatków budżetu środków europejskich” – z tego wynikł deficyt niecałe 400 mln zł.  W budżecie na obecny rok dochody mają wynieść 77,8 mld zł, zaś wydatki 81,2 mld zł, z tego deficyt 3,4 mld zł, czyli znowu wyda się więcej niż wpłynęło. Super!

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Tematy w dziale