3 obserwujących
28 notek
44k odsłony
  1366   0

Starcie cyborgów z polityką w tle

Kilka wniosków z wczorajszej debaty. Co ciekawe, częściowo wzajemnie sprzecznych.

Po pierwsze - króluje postpolityka. Na ekranie nie oglądaliśmy wczoraj żywych ludzi, tylko dwa cyborgi, dostarczające wcześniej ustalony i starannie rozpisany przez sztaby przekaz. Przekaz ten musiał być umiarkowany, gdyż podręcznikowo, żadna z pań nie walczyła o to, żeby debatę wygrać, lecz o to, żeby jej nie przegrać. Dodatkowo, wyraźna przegrana PEK nie leżała w interesie PiS, gdyż ułatwiałaby drogę do Sejmu mniejszym ugrupowaniom (słaby występ PEK = głosy odpływają z PO na ZLew i .N; na marginesie obstawiam, że w debacie wszystkich komitetów zobaczymy sojusz PEK i BSz przeciwko małym partiom). Oglądalismy więc nudny festiwal dukania sloganów i wtykania rytualnych szpilek, generalnie poziom błyskotliwości i świeżości był zbliżony do prowincjonalnego przeglądu debiutów kabaretowych. I nic dziwnego, ta debata adresowana była głównie do bywalców kabaretonów czyli do wyborców niezdecydowanych.

Starcie cyborgów z polityką w tle

Ta sztuczność i bezbarwność to dowód na, jak to się ładnie mówi, "profesjonalizację polityki". Nie ma już miejsca na przypadek, pełna kontrola nad komunikacją; nie ma co liczyć na to, że AD 2015 ktos komuś poda nogę lub w jakikolwiek sposób wychyli się poza granice zdefiniowane jako obowiązujące dla danego targetu. Ale to zarazem oznacza, że w starciu równorzędnie wytrenowanych cyborgów o zwycięstwie lub porażce zadecydują nie pojedyncze, techniczne potknięcia któregoś z nich, lecz głos liderów opinii, przede wszystkim internetowej. To oni narzucą post factum interpretację debaty - ale ich interpretację można inspirować.  Dlatego uważam, że to Szydło wygrała wczorajsze show, wygrywając - jak to określił Tomasz Żukowski - czwartą rundę, czyli briefing po debacie. Jednoznacznie przedstawiła się jako zwycięska, emanująca pewnością siebie i narzuciła to wrażenie komentatorom. Paradoksalnie dowodzi to również, że aby wygrać, trzeba odejść od sztuczności i zrzucić maskę cyborga.

Z wrażeniem "postpolityczności" dominującym w wizerunku i przekazie kontrastuje tło, czyli pytania. Były one w tej debacie tylko tłem (jak to ktoś zauważył "pytania nie przeszkadzały debatujacym"), ale wyłaniał się z nich zarys pewnego merytorycznego sporu o Polskę. Treść tych pytań definiuje ramy, w których dokonywane będa wybory kierunków polskiej polityki:

- co Polacy zbudowali dobrze, a co wymaga naprawy?

- W jakich sprawach nam po drodze z Unią Europejską, w jakich nie?

-  Jak Polska w następnej kadencji ma ułożyć relację z Rosją Putina?

Ktoś powie że to banalne, ale te pytania absolutnie nie istniały w 2011 roku, a w zasadzie nie były tak formułowane nawet w tegorocznych debatach prezydenckich, które w znacznie większym stopniu niż wczorajsze starcie kręciły się wokół kwestii szczegółowych i pozbawionych znaczenia (kopalnie, ulgi podatkowe) lub światopoglądowych i pozbawionych znaczenia (in vitro). Tymczasem polski los w najbliższej dekadzie rozstrzygnie się właśnie wokół trzech powyższych pytań: nasze miejsce w UE, nasz stosunek do Rosji i pomysł na urządzenie Polski po okresie powierzchownej modernizacji.  Dlatego pojawienie się tych pytań uważam za ważne i symptomatyczne. Polskie życie publiczne po "epoce Tuska" i doktrynie "ciepłej wody w kranie" powraca do polityczności, choć na razie dzieje się to stopniowo. To że panie Kopacz i Szydło nie zaprezentowały głębszej i bardziej kompleksowej diagnozy w odniesieniu do tych kwestii to z jednej strony syndrom postpolityki, ale z drugiej - niepokojący objaw, rodzący pytanie o ich kwalifikacje do przywództwa. Bo od trafnej odpowiedzi na te trzy pytania zależy przyszłość Polski.

Lubię to! Skomentuj24 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale