Jorlandia
Albo znajdę drogę, albo stworzę jakąś. (Philip Sidney)
6 obserwujących
59 notek
21k odsłon
  66   1

Medytacje szarodzienne o końcu tęczy

Jolanta Łaba
Jolanta Łaba

Wracałam niedawno autem ze spotkania. Nad moją głową niebo piętrzyło burzowe chmury, na horyzoncie błyskało i grzmiało. Burza szła krok za mną. Ale jednak tylko jej krótkie westchnienie mnie dosięgnęło. Samochód zrosiło kilkanaście stanowczych kropli deszczu i tyle było po burzy. Przynajmniej tak myślałam.

W pewnym momencie, kiedy jechałam obok cmentarza na obrzeżach mojego miasta, zachwycił mnie widok nieba. Stalowe z siwymi chmurami niebo przecinała piękna, pełna siedmiokolorowa z bliźniaczym cieniem – tęcza.

Przecudna była. Ale zauważyłam też jeszcze jedno. Coś dziwnego.

KONIEC TĘCZY.

Pierwszy raz widziałam jak tęcza się wyraźnie kończy, jakby ją ktoś uciął nożykiem chmur.

Aż się zatrzymałam i wysiadałam, aby popatrzeć na to zjawisko.

Mimo, że miałam trochę jeszcze punktów w grafiku.

Zatrzymałam się. Bo widziałam, że są takie chwile jak ta, które trzeba zatrzymać w pamięci i odsunąć wszystko inne na bok.

Z zachwytem wpatrywałam się w pełny łuk jednego z najdziwniejszych zjawisk na tej ziemi, który nagle się kończył „w środku nieba”. Weszłam na teren cmentarza, między groby i w zadumie myślałam o baśniach i legendach mówiących o tym, co można znaleźć na końcu tęczy.

Podobno zawsze jest tam skarb.

A ja zobaczyłam koniec tęczy ... na cmentarzu. Udało mi się zrobić kilka fotografii i potem kiedy je oglądałam, przyszło mi coś do głowy.

Jedno z ujęć końca tęczy jest w pobliżu krzyża.

Drugie nad wierzchołkami drzew, nad lasami otaczającymi moje miasto.

I pomyślałam, że znalazłam skarb.

Przypomniałam sobie na tym cmentarzu, że wszystko, co jest najważniejsze w życiu, wszystkie nasze starania i bieg po łukach marzeń (jak po tęczy w stronę końca) ma swój kres w chwili śmierci.

Przechodziłam obok grobów ludzi, których wciąż pamiętają żywi. Stoją tam kwiaty, świece, pamiątki zostawiane przez bliskich odwiedzających mogiły. Były też nagrobki nadgryzione zębem czasu, zwalone, podparte innymi, i takie, na których nie stała od dawna żadna świeca. Były też groby przygotowane dla jeszcze żyjących. I teren bez mogił. Kiedyś ten cmentarz w ogóle był pustkowiem.

Tęcza powoli bladła, znikały poszczególne kolory, ale wciąż wyraźnie widać byłe ten jej nagle urwany koniec.

Dlaczego tak łatwo zapominamy, że wszystkie nasze sprawy też tak wyglądają? Nagle się skończą.

Każda ma swój kres i to jest chyba błogosławieństwo. Każdy trud się skończy. I każda radość także.

Kiedy wsiadałam z powrotem do samochodu, burza nad moją głową wydawała z siebie ostatnie pomruki. Tęcza rozpłynęła się.

Gdybym nie zatrzymała się na tych 10 minut zadumy nad tęczą pośród nagrobków i mogił w leśnym krajobrazie, nie byłoby tej medytacji.

Świadomość nieuchronności własnego końca może zmienić sposób życia. I nieustannie wpływać na jego jakość i głębię. Warto stanąć w zachwycie nad naturą, zobaczyć w cudownym zjawisku pozdrowienia z nieba. Zastanowić się, co ono dla mnie oznacza. Czasami to zmienia nasze decyzje i nastawienie do różnych wydarzeń.

Bóg naprawdę ma przedziwne pomysły na to, żeby mnie zatrzymać i pokazać, gdzie jest skarb.

image

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale