...blogerce, którą bardzo szanuję! Pozwoliła mi zamieścić w całości swój wpis, który sytuację panującą w Salonie24 opisuje perfekcyjnie, choć Socjopatyczna Malkontentka nie zagląda tutaj, bo... Już chciałem napisać dlaczego, ale tak do końca sam nie wiem. Wydaje mi się, że źle by się tutaj czuła. Sądząc po wpisie zostałaby tu potraktowana przez niektórych (wielu?) salonowiczów obcesowo (takie mi się nasunęło słowo możliwie najdelikatniejsze). Oto Jej tekst:
A twój prezydent, to ma krzywe nogi, czyli o strategii w dyskusjach politycznych
- Piotruś nie był dzisiaj w szkole,
Antek zrobił dziurę w stole,
Wanda obrus poplamiła,
Zosia szyi nie umyła,
Jurek zgubił klucz a Wacek
zjadł ze stołu cały placek.
(Jan Brzechwa)
Robię poranny przegląd prasy i blogów. Na jednym z nich dyskusja. Zaczęło się wszystko od krytyki wypowiedzi jednego przedstawicieli koalicji rządzącej. Jak wiadomo politycy mają swych zwolenników i przeciwników. Ktoś skrytykował wypowiedź polityka z PiS i się zaczęło...
W dyskusjach o polityce, a raczej w dyskusjach dotyczących polityków argumentacja często wygląda tak. Załóżmy: Argument: Szef resortu rybołówstwa chyba nie wie, co mówi...
Kontrargument: A Kwaśniewski był pijany w Charkowie...
I następny zarzut, że wy to zawsze tak, szkoda że dawniej nie krytykowaliście. A teraz wszyscy to „huzia na Józia”, że Kwaśniewski to, a Miller tamto, a Oleksy to jeszcze co innego, a Cimoszewicz to powiedział dziennikarzowi, że świnia.
Przyznam się, że zupełnie nie rozumiem. Dlaczego na przykład wytknięty błąd prezydenta dziś, skutkuje opowieścią o goleniach Kwaśniewskiego. Jest to wyraźna sugestia mówiącego:
- „odczepcie się od NASZEGO rządu, bo WASZ był taki sam”.
A przepraszam bardzo, a ten mój, to który jest? Tamten, czy ten? I kiedy będę mogła wziąć udział w dyskusji, krytykować? Bo zaraz się okaże, że jestem wyborcą komunistycznym, lewakiem, chodzącym na pasku „Agory” na dodatek. Jestem znów ulokowana przez interlokutora w jakimś miejscu, w którym nie chcę być i z którym się nie utożsamiam.
Krytykowałam poprzedni rząd, podobnie jak krytykuję ten. Bo jeśli już tak ustawiamy perspektywę dyskusji, że jest NASZE i WASZE, to żaden z tych rządów nie był MOIM, a jednak każdy z nich takowym był. Proste, nieprawdaż?
Zacznijmy od początku. Moje poglądy polityczne? W skrócie – centroprawicowe. Laicka centroprawica. Dlatego nie głosowałam, nie mogłam głosować, ani na rząd poprzedni, ani na teraźniejszy, ponieważ żaden z nich nie reprezentował mojego punktu widzenia. Z drugiej zaś strony, mieszkam w Polsce, jestem Polką i oba te rządy były i są moimi. I każdemu rządowi wytknę błędy, bez względu na to, jak blisko moich preferencji (ewentualnie daleko) by się nie znajdował.
Jednakże, gdy krytykuje się rząd obecny pojawia się argument, że poprzedni był albo taki sam, albo gorszy. A co mnie to obchodzi? Był... I go nie ma. A moje zdanie na jego temat już straciło na aktualności. Dlaczego ciągle przeszłość występuje jako argument w teraźniejszości? Na jakiej zasadzie?
Cała sytuacja przypomina mi stereotypowo-satyryczną kłótnię małżeńską:
Jedno: Nie powiesiłeś prania.
Drugie: A wczoraj ziemniaki były niesłone.
Jedno: A twoja matka to flejtuch
Drugie: Nie zajmuj się moją matką, tylko twoją siostrą, która jest flądrą, a na dodatek plotkarą.
Jedno: Zawsze byłeś nieudacznikiem.
Drugie: A ty nawet dzieci dobrze wychować nie umiesz.
I tak właśnie wyglądają Polaków spory polityczne. Na forach internetowych, na blogach, w telewizji.
Druga sprawa. Denerwuje i rani mnie sugestia, że w chwili, gdy krytykuję konserwatywny rząd prawicowy, to natychmiast jestem postrzegana jako postkomunistka, zwolenniczka SLD. Nikt mnie nie pyta o poglądy, tylko od razu przykleja mi etykietkę lewaka. Rządu krytykować nie wolno, bo ci którzy to robią, są po stronie „układu” przeciwnego. Nawet jeśli tak by było, to chyba lepiej rozmawiać o faktach, które się dzieją teraz. A jeśli za jakiś czas będziemy mieli rząd lewicowy, to wtedy krytykować będziemy właśnie ich, za każdy błąd punktować. Na tym, między innymi, polega demokracja, że człowiek, będąc niezadowolonym, może owo niezadowolenie wyrazić bez konsekwencji. I to jest jego opinia, wyrażona po analizie faktów, a nie dyskusja starego małżeństwa, że jeden „małpa w czerwonym”, a drugi pijak w Charkowie.
Poziom dyskusji politycznych w Polsce przeraża. Czuję się jak obserwatorka kłótni dwóch przekupek na targowisku i czekam z zaniepokojeniem, kiedy zaczną latać w powietrzu nie tylko obelgi, ale i ciężkie przedmioty. Dlatego nie oglądam telewizji, bo właśnie pyskówek nie lubię. Nie wdaję się w internetowe dyskusje, bo i tak rozmawiamy zazwyczaj, jak Papuas z Eskimosem bez tłumacza. Na co mi to? Wolę poczytać polemiki polityczne publikowane na łamach dziewiętnastowiecznych gazet. Przynajmniej nie są nudne, a ich argumentacja jest jędrna, soczysta, wielopoziomowa. Nie ogranicza się do wrzasków: „a wasz prezydent ma urwany guzik” i odpowiedzi „a wasz był pijany w Charkowie”.
Nie mam ochoty uczestniczyć w dyskusji na poziomie drugiej klasy szkoły podstawowej, gdy gromada dziewczynek, albo chłopców, kłóci się o grę w klasy, albo gola w czasie meczu piłkarskiego. Zostaję z panem Tarnowskim, którego osobiście nie znoszę – bo poglądy miał iście PiS-owskie, ale przynajmniej ładnie potrafił wyłożyć swoje racje. Niestety koleś nie żyje. Zmarł jeszcze przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości – a jego następców jakoś nie widać.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)