
Coś takiego jest w męskim „gatunku”, że potrafi bez końca rozprawiać czego, to jeden z drugim nie dokonał, ile to zaliczył i jak wszystkim pokaże. Gdy Donald Tusk oddelegował Macieja Berka do Trybunału Konstytucyjnego, usłyszeliśmy starą śpiewkę o szeryfie, który nie będzie się cackał, tylko zrobi porządek z „pisowską” ferajną, bo to twardy zawodnik i nie cofnie nogi.
Jeszcze dalej w teoretyzowaniu poszedł Bartosz Arłukowicz, najgorszy minister zdrowia w dziejach III RP i sam Berek chyba dużo by dał, żeby te efektowne lub raczej efekciarskie słowa Arłukowicza nigdy nie padły, ale na jego nieszczęście padły:
Wchodzi Maciej Berek do Trybunału Konstytucyjnego i chciałbym, żeby wszedł kopniakiem w drzwi i zrobił tam porządek (…). To jest wojna i trzeba zawodników. (…) Trybunał Konstytucyjny ma być elementem działalności państwa, a Berek z urzędnika, prawnika, urzędnika kancelarii premiera, przecież taka jest prawda, staje się dzisiaj zawodnikiem MMA, który wkracza do Trybunału.
Kabotyńska wypowiedź Arłukowicza jeszcze przed próbą wejścia Macieja Berka do Trybunału, brzmiała jak przechwałki nabuzowanego nastolatka, przed pierwszą randką i ambitnymi planami z nią związanymi. Po zderzeniu z faktami nic się nie zgadza, nawet wojna, bo raczej trzeba mówić o zwykłej zadymie. Maciej Berek w ogóle nie przypomina szeryfa, chociaż próbował przez parę sekund tę rolę odgrywać. Nie przypomina też kowboja i nie ma żadnego rewolweru, jedyne czym się posługuje to długopis i klawiatura, z której strzela coraz bardziej nudnymi oświadczeniami. Najgorzej jednak wypadł w roli zawodnika MMA kopiącego w drzwi, ta akcja wyglądała niczym klasyczny „gong”. W momencie, gdy Berek próbował wejść do tej części budynku, w której przebywają sędziowie, w drzwiach stanął prezes Bogdan Święczkowski i od prezesa niedoszły sędzia się odbił.
Nie zdążył Berek unieść nogi, nie pocałował klamki, zobaczył zawodnika co najmniej trzykrotnie wyższej kategorii wagowej i uciekł, ale to nie koniec misji „szeryfa”. Obraz śmieszności dopełniają publicznie wylewane żale i skargi zanoszone do Waldemara Żurka, a zatem pośrednio do Donalda Tuska. Od dwóch dni Maciej Berek lamentuje, że został wypchnięty z Trybunału Konstytucyjnego, taka była pierwsza wersja, potem zmieniona na naruszenie nietykalności cielesnej. W związku z tą straszliwą krzywdą, jaka spotkała kandydata na sędziego, który nie wypełnia wymogów formalnych i złożył ślubowanie wobec kolumny sejmowej, zamiast wobec Prezydenta RP, do prokuratury wpłynęło zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez prezesa Bogdana Święczkwoskiego. Jak dalekie jest to zachowanie od powagi i godności, jaką powinien zachować sędzia z TK, aspirujący do stanowiska prezesa TK, widzi każdy normalny obywatel i niekoniecznie zwolennik PiS.
Szeryf, kowboj, zawodnik MMA, stał się małym chłopcem, który się żali, że dostał baty od starszego i większego kolegi. Zazwyczaj kibicuje się słabszym i pewnie Maciej Berek zdobyłby odrobinę współczucia, ale tak reguła dotyczy gry fair, a nie gry faul. Gdyby nie wcześniejsze zapowiedzi wielkiego wejścia „z kopa”, pomieszane z łamaniem prawa, żenującym kombinowaniem przy wykazywaniu nieistniejącego stażu pracy radcy prawnego i jeszcze bardziej żałosne ślubowanie wobec kolumny, to pewnie sytuacja Berka byłaby trochę lepsza. Sytuacja jest dramatycznie zła, bo ciężko na to zapracowali: Donald Tusk, Waldemar Żurek, Bartosz Arłukowicz i sam Maciej Berek. Obojętnie jak się dalej potoczą sprawy, jedno jest pewne – Maciej Berek już jest postacią groteskową, nijak nie przystającą do autorytetu sędziego sądu grodzkiego, nie wspominając o Trybunale Konstytucyjnym
https://www.patrzymy.pl/waldek-a-on-sie-bije-czyli-groteskowa-postac-szeryfa-berka/


Komentarze
Pokaż komentarze (3)