0 obserwujących
330 notek
416k odsłon
  3358   0

Rozmaitości prawicowe


 
Skutecznie pilnował, by z jego prawej strony nic nie zaistniało pomiędzy ścianą a nim.  Ale nie ustrzegł się konkurencji od spodu. To co wydawało się dnem kryje pod sobą pęczniejącą i coraz żwawszą materię. Nie okazali się konkurencją dla PIS i dla Kaczyńskiego odszczepieńcy Marka Jurka, rozłamowcy z PJN i z Solidarnej Polski. Takie same partie, tylko mniejsze i słabsze, nie maja poważnej siły przyciągania. Konkurencją natomiast, też jeszcze słabą, lecz z pewnym potencjałem wzrostu, stają się ONR i Młodzież Wszechpolska oraz inna tego rodzaju drobnica. Dla pewnej grupy ludzi, raczej młodych i radykalnych z natury, drepczący od porażki do porażki PIS, z jego coraz mniej młodym liderem i z jego bezbarwnymi akolitami nie jest już sexy. Czy może nigdy nie był, bo to już inne publika.
 
Od tego, że o tym jaki jest elektorat PIS mówimy już do znudzenia, opis ten nie przestaje być prawdziwy. A więc w masie; raczej starsi niż młodsi, raczej gorzej niż lepiej wykształceni, raczej prowincja i to ta wschodnia, niż większe miasta, raczej mniej bogaci od innych. W większości ci, którzy nie widzą większego powodu do radości ze swego statusu materialnego i społecznego w III RP, prędzej eurosceptycy niż euroentuzjaści. Myślałem i pisałem jakiś czas temu, że w miarę tego jak demokracja przedstawicielska i gospodarka wolnorynkowa, będą trwać i stawać coraz bardziej naturalnym środowiskiem dla coraz większej ilości ludzi, elektorat Kaczyńskiego będzie stopniowo topniał. Powoli, bo powoli, ale PIS będzie się z czasem stawać partią niszową, zachowując wszakże w parlamencie, w samorządach i gdzieniegdzie jeszcze, minimum synekur dla coraz węższego grona przybliżonych lidera.
 
To idzie młodość
 
W tym rozumowaniu brakowało zastrzeżenia, że w każdym systemie, na każdym poziomie, jednym będzie lepiej, a innym gorzej, że zawsze będzie część społeczeństwa dość zasadniczo niezadowolona z rzeczywistości społecznej, politycznej i gospodarczej. Czyli pozostanie zapotrzebowanie na siłę polityczną, kwestionującą ten porządek, a u nas jest nią i będzie zapewne długo Prawo i Sprawiedliwość. W starych demokracjach i zamożnych społeczeństwach, ta ich część jest stosunkowo niewielka i reprezentujące ją partie też nie są wielkie i silne. Wielkie i silne są partie centrum, przeważnie dwie, dość bliskie sobie, jedna z tradycją i terminologią lewicową, druga prawicową, co w Europie ostatnich dziesięcioleci oznacza liberalną. Nam do takiego stanu jeszcze trochę  brakuje.
 
Jeśli partia jest nieduża i słaba, bez szans na wzrost i potęgę, a ma za sobą długą historię i jakiś prestiż, to lawiruje, przyjmuje rolę języczka u wagi, stając się mało wyrazista, obrotowa, by móc wchodzić w koalicję z wielkimi. To liberałowie w Niemczech i w Zjednoczonym Królestwie, a w Polsce do takiej pozycji doszło PSL – sic gloria transit. Ale partia, która jest nieduża i słaba, a nie ma za sobą akceptowanej tradycji, opinii, czyli ma niewiele do stracenia, nadrabia swoją słabość radykalizmem haseł, akcji, niekiedy awanturnictwem czy zbrodnią. Takie siły są prawie we wszystkich państwach zachodniej Europy, lecz wszędzie stanowią margines. W Polsce do niedawna   nie było czegoś takiego w zauważalnej skali. W warstwie werbalnej od dwóch lat radykalizuje się PIS, nie budując swego obrazu zbyt konsekwentnie. Co jakiś czas prezes łagodnieje, jak przed wyborami prezydenckimi, co jakiś czas organizuje debaty eksperckie na ważkie tematy, przycisza ”Smoleńsk”, nie eksponuje Macierewicza i poszerza swoje poparcie w okolicach centrum. Szybko jednak wraca do coraz bardziej radykalnej retoryki, żeby mu nikt liczący się nie wlazł między niego i ścianę.
Do niedawna to się sprawdzało. Ostatnio nie bardzo.
 
Jakiś czas temu podczas dyskusji u Jana Pospieszalskiego usłyszałem studenta, chwalącego zmarłego prezydenta Kaczyńskiego za to, że głosił wielkie idee, że leżała mu na sercu wielkość Polski, że walczył o nią i takie tam ogólniki nie poparte faktami. Zdałem sobie sprawę, że elektorat PIS kompletuje się nie tylko z tych co to czują się skrzywdzeni i poniżeni, a szukają współczucia i zrozumienia. Istnieje w ludziach, przeważnie  młodych potrzeba przeżycia czegoś wielkiego, wzniosłego, przekraczającego wymiar codzienności. Można tego szukać w wielu dziedzinach, w wielu miejscach, a więc i w szeroko rozumianej polityce.   Stąd, m.in. popularność ”Smoleńska”. Tragiczna katastrofa to mało. Pożywką   dla prawdziwych emocji jest zamach, zbrodnia, zdrada, żądanie Prawdy, bo prawda nie zaspakaja tych potrzeb.
 
Jak długo jednak można się tej Prawdy domagać i domagać ? Nie wszystkim na długo starcza gadanie. Jarosław Kaczyński powołuje atrapę premiera, zapowiada , że po  Nowym Roku obali rząd Platformy. A przecież nawet średnio rozgarnięty, ale choć chwilami myślący człowiek wie, że wpierw trzeba wygrać wybory, te zaś dopiero za trzy lata. Do tego partia prezesa nie rośnie w siłę. Więc prezes się kompromituje w oczach tych mniej wierzących a bardziej aktywnych.   Skoro więc w demokratycznym trybie nie można obalić rządu i zdobyć władzy, to jesteśmy wrogiem demokracji. Niewiele nam dają debaty, nieskuteczne jest ciułanie poparcia. Są więc pochody, wiece, ale tu PIS zaczyna mieć konkurencję  i daje się jej wyprzedzać. Dodatek ”Gazety Wyborczej” dla kobiet, ”Wysokie obcasy”, publikuje wypowiedzi dziewczyn, aktywnych politycznie, które odpowiedź na potrzebę rozmachu, wielkości, poczucia wspólnoty, znajdują już nie w Prawie i Sprawiedliwości lecz w kilku rożnych i zdecydowanie bardziej radykalnych strukturach. Jedna nawet w starosłowiańskim neopogaństwie.
 
29 września był przede wszystkim sukcesem ojca Rydzyka. Hasła były wszelakie, lecz główny cel to była mityczna dla demonstrantów Telewizja Trwam. PIS się podłączył, trochę jak żaba, która podstawia nogę gdy kują konia. Z 11 listopada ONR i MW wyślizgały Kaczyńskiego. One zwołały  demonstrację, a prości PIS-owcy, sądząc, że co antyrządowe to musi być dziełem Kaczyńskiego, stawili się, robiąc publikę i PR konkurencji prezesa. On zaś nie mógł sobie pozwolic na dezawuowanie manifestacji z okazji 11 listopada i zaznaczył swój stosunek do niej nieobecnością. Pojechał na grób brata na Wawelu. Swój benefis urządził sobie13 grudnia. Demonstracja wypadła nieźle, lecz wyraźnie słabiej od rydzykowej  i konkurencyjnej z 11 listopada, kiedy to nawet ONR z Wszechpolską powołały nową strukturę polityczną, która jeszcze nie jest, lecz może być zagrożeniem, bardziej dla PIS niźli dla demokracji. W sumie na polskiej prawicy zarysowuje się dezintegracja. Pojawia się w niej nurt radykalny w hasłach i agresywny w działaniu, obok jej głównego nurtu, zachowawczego, który też się radykalizuje, lecz nie tak bardzo. W sumie, dalej od demokracji.
 
Ostry start
 
Ostatni raz objawy stanu wojennego widziałem w roku 1991 na ulicach Seulu. Piesze i zmotoryzowane oddziałki ichniego ZOMO, pilnujące porządku. W przejściach podziemnych zapach kojarzący się z gazem łzawiącym. Tylko co bowiem skończyła się kolejna fala wielkich demonstracji studenckich, zawsze brutalnych i z wielką brutalnością tłumionych. Studenci, skutecznie inspirowani przez agentów Korei północnej, burzyli się do momentu uzyskania dyplomów. A potem wkładali garnitury i zaczynali robić kariery w korporacjach, urzędach i nauce, zostawali inżynierami w przemyśle, transporcie, budownictwie. Wchłaniała ich prężna gospodarka jednego z azjatyckich tygrysów. Gdy trafiłem tam dwa lata później już nawet studenci nie buntowali się.
 
Nie wszędzie tak było. Wiele krajów tak zwanego wówczas jeszcze Trzeciego Świata inwestowało, nie w naukę, lecz w nauczanie, stosunkowo mało kosztowne. Pojawiały się rzesze młodych ludzi, słabo wykształconych, z rozbudzonymi ambicjami, nie widzących dla siebie perspektywy w rachitycznej gospodarce. W różnych krajach różnie to wyglądało. Często pojawiały się ruchy radykalnych studentów, którym łatwo było się skrzyknąć i zorganizować w epoce przed Internetem. Poważne zajścia miały miejsce w Sri Lance, czyli na Cejlonie, zanim zaczęła się tam wojna domowa miedzy Syngalezami i Tamilami. Być może w tego rodzaju nurcie mieścił się paryski maj 1968 roku. I nie można wykluczyć, że pewne elementy podobnej sytuacji zarysowują się w Polsce.
 
Dwadzieścia, piętnaście lat temu, grupki skinów, chuliganów i morderców, dorabiających sobie jakąś ideologię, stanowiły bardzo wąski margines. Być może dlatego, że w początkowym okresie III RP młodzież liczyła na pożytki z uczenia się i stosunkowo łatwe były starty życiowe. Teraz jawnie już polityczne chuligaństwo nadal jest marginesem, ale już szerszym, mającym bardziej spójną ideologię, nawiązującym do historycznych tradycji. I na razie niewiele więcej da się o nim powiedzieć, lecz socjolodzy, politolodzy, psychologowie społeczni mogli by się zainteresować jakie jest socjalne podłoże tej wyraźnej już radykalizacji w młodym pokoleniu. Koresponduje to zjawisko, konkurując, ale i uzupełniając się, z radykalizującą się opozycją. Praktycznie z PIS.
 
W sumie następuje brutalizacja sfery publicznej, do czego przyczynia się nie tylko prawica, reprezentowana przez PIS. Ma w tym udział, skromny ale systematyczny Janusz Korwin-Mike. Ma Janusz Palikot, który ostatnio włączył się do walki przeciw ”mowie nienawiści”, z akcentem samokrytycznym, co może daje mu nieco, powtarzam; nieco, wiarygodności. Nie można powiedzieć, żeby na temperowanie nastrojów wpływał język Stefana Niesiołowskiego. A w brutalizacji na poziomie ulicy ma swój udział również lewica. Bojówki anarchistów, Antify nie wydają się być czymś jakościowo różnym od szowinistycznej ferajny. ”Newsweek” zamieszcza materiał o organizującym się prawicowym bojówkarstwie wśród młodzieży. ”Plus, minus” sobotni dodatek ”Rzeczpospolitej”, publikuje tekst o agresji lewicowych bojówek.   
 
W porównaniu z zachodnią Europą pewnym ewenementem wydaje się PIS, duża partia podważająca system, w którym działa i prosperuje. Natomiast ekstrema z prawej i lewej nie przekraczają standardu piętnastki starych członków UE. Czy poprawa koniunktury gospodarczej, która się rysuje jak nie w przyszłym roku, to w 2014 roku, wpłynie na zahamowanie wzrostu tego paskudztwa, czy zgoła na jego cofnięcie, nie wiadomo. Przy tej skali zjawiska wynika ono nie tylko z biedy i beznadziei, lecz również z nudnej stabilizacji – patrz poprzedni akapit. I to na różnym poziomie stratyfikacji społecznej.
 
Tylko spokój
 
Profesor Janusz Czapiński, socjolog społeczny dysponujący najlepszym warsztatem badawczym, jest raczej optymistą jeśli chodzi o przyszłość. Jeśli nie zdarzy się katastrofa o niewyobrażalnych skutkach, to społeczeństwo okaże się odporne na radykalny ekstremizm. A przykład Grecji, gdzie wydarzyła się katastrofa i gdzie radykalny ekstremizm opanowuje ulice, pokazuje, że demokracja jest w stanie obronić się, utrzymując głosami większości rząd od polityk bolesnej naprawy. Naporu radykalnych tłumów nie wytrzymują natomiast dyktatury, choćby egipska, tunezyjska i parę innych.
 
Demokratyczne państwo prawa nie może tolerować przemocy, nawet w zarodku i nawet jako swoistej rozrywki. Tu rację ma premier Węgier, Viktor Orban gdy nie dopuścił do działania prawicowych bojówek, zamierzających go poprzeć. Stoi on na jedynie słusznym stanowisku, że na używanie przemocy państwo ma mieć monopol i nikt go w tym nie może wyręczać, jeśli nie ma dojść do chaosu. Spory -  jak tylko co przypomniał u Tomasza Lisa, prezydent Komorowski – a nawet konflikty są w demokracji naturalne i zrozumiałe. Przemoc – zdecydowanie nie.
 
Profesor Andrzej Paczkowski, pisząc ongiś o przedwojennej narodowej demokracji, zauważał , że reprezentowali ją politycy,  profesorowie, publicyści. Ludzie z którymi, nie zgadzając się, można było poważnie dyskutować. Ale za nimi wlókł się ogon pałkarzy i żyletkarzy. Coś podobnego zaczyna się pojawiać i dziś, z tym że nie z każdą czołówką daje się jeszcze dyskutować.                                                                                                                                                                                                                                       
 
 
Lubię to! Skomentuj51 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale