Obrońca wolnego słowa, niestrudzony i zawsze niezależny, Tomasz Sakiewicz, ubolewa dziś na łamach wszystkich swoich drugo, trzecio i setno-obiegowych mediów (w tym także gościnnie tutaj) nad wyrokiem sądowym, który rzekomo zakazał mu prowadzenia śledztwa dziennikarskiego w sprawie tegorocznej katastrofy kolejowej w Szczekocinach. Tymczasem sąd najzwyczajniej w świecie zakazał autorowi rozpowszechniania pomówień, bo inaczej nie można nazwać tego co publikuje Gazeta Polska w tym temacie.
W całej tej sprawie zastanawiające jest jedno – czy ważniejsze dla redaktorów Gazety Polskiej jest śmierć 16 osób czy fakt, że szef firmy instalującej urządzenia na torach był w komitecie poparcia urzędującego Prezydenta. Idąc dalej – czy śledztwo dzielnych podopiecznych Pana Sakiewicza byłoby prowadzone równie gorliwie, gdyby nie ten wątek albo, o zgrozo, trop wskazywałby na kogoś z “obozu patriotycznego”? Jak przy każdej taniej sensacji epatującej z niezależnych mediów jestem delikatnie mówiąc sceptyczny.
Jestem jak najbardziej za tym, aby śledztwa dziennikarskie były prowadzone, ale niech przyczynkiem do ich powoływania będzie dociekliwość i chęć ujawnienia skrywanych faktów, a nie szukanie haków na polityczne zamówienie. Kto nie dostrzega w tym przypadku motywacji pozadziennikarskiej jest zwyczajnie zaślepiony albo do bólu cyniczny.
Oczywiście sytuacja ta nie jest ani pierwszym ani ostatnim przykładem źle pojmowanego dziennikarstwa, nie jest też domeną tej czy innej gazety, ale zwraca szczególną uwagę na obłudę ludzi, którzy najgłośniej krzyczą o czystości swoich intencji i codziennie ubierają się w piórka uciemiężonych obrońców wolności słowa. Tymczasem swoim działaniem pokazują, że owszem stoją murem, tyle tylko, że po jednej stronie. Cóż, ich wolny wybór, ale w takiej sytuacji cytując klasyka "nie nazywajmy nigdy, że szambo jest perfumerią".


Komentarze
Pokaż komentarze (3)