Wedle definicji związek partnerski to usankcjonowany prawem związek cywilny dwóch osób dowolnej płci. Skutki rejestrowanych związków partnerskich są podobne do małżeństwa w sensie prawnym. Uczestnicy obu rodzajów związków zyskują m.in. prawo do dziedziczenia po sobie majątku, możliwość wspólnego rozliczanie się z urzędem podatkowym, czy też prawo do odwiedzania w szpitalu. Czym zatem różnią się obie te instytucje skoro w debacie publicznej rozpatrywane są jako całkowicie różne pojęcia?
Jedyne dostrzegalne różnice dotykają kwestii nazewnictwa i oprawy samego wydarzenia zawarcia związku. Osoby stanowiące związek partnerski nazywane są, w odróżnieniu od małżonków, partnerami lub partnerkami. Wydaje się to dosyć subtelny, powiedziałbym że nawet dyskusyjny, wyróżnik, wszak małżonek często też jest nazywany partnerem życiowym.
Druga “istotna” różnica to sam proces oficjalnej rejestracji formalnego związku partnerskiego. Nie ma on charakteru ceremonii i jest zazwyczaj ograniczony jedynie do złożenia podpisów przez partnerów w obecności urzędnika. Czym wobec powyższego jest zwykły ślub cywilny? Dodatkowo, należy tutaj nadmienić, że niektóre kościoły chrześcijańskie (np. protestantyzm i starokatolicyzm) czasem uświęcają także związki partnerskie obrzędami religijnymi lub jakąś formą błogosławieństwa. Gdzie zatem tkwi zasadnicza różnica między związkiem partnerskim a małżeństwem? Po co nam w ogóle te związki?
Małżeństwo jest w swej istocie budulcem społeczeństwo, ale nie tylko stricte w sensie prokreacyjnym, jak upraszcza to światopogląd religijno-prawicowy. Dwoje ludzi tworząc trwały związek bynajmniej nie robi tego tylko i wyłącznie aby przekazać swój materiał genetyczny potomkom. Małżeństwo w tym samym sensie przyczynia się pozytywnie dla społeczeństwa co wspólne jeżdżenie współpracowników jednym autem dla ochrony środowiska naturalnego. Związek małżeński optymalizuje zużycie zasobów, obniża koszty, buduje i utrwala więzi międzyludzkie i społeczne, a na poziomie ekonomicznym zwyczajnie stymuluje gospodarkę. W tym sensie małżeństwo zasługuje na uznanie, chociażby w postaci przywilejów jakie udziela prawo. Małżeństwo, przy założeniu ciągłości i trwałości, jest korzystne dla społeczeństwa w wielu wymiarach, nie tylko przez wzgląd na swój oczywisty i niepomijalny potencjał rozrodczy.
Z małżeństwem jest jak z byciem przedsiębiorcą. Zakładając własną działalność gospodarczą uzyskujemy prawo do korzystania z podatku liniowego, stałych składek na ubezpieczenie społeczne czy też odliczania rzeczywistych kosztów uzyskania przychodu. Z drugiej strony na przedsiębiorcę nakładanych jest szereg obowiązków, w tym zwiększona odpowiedzialność za swoje, a także pracowników, czyny czy konieczność osobistego użerania się z urzędami. Wchodząc w związek małżeński z drugą osobą zyskujemy przywileje z tym związane, ale czynimy to świadomi konsekwencji i obowiązków z tego wynikających. Jak to w życiu bywa – coś za coś.
Częstym argumentem malkontentów będących przeciw tej instytucji jest sakramentalne “nie wierzą w małżeństwo”, albo, jeszcze bardziej popularne, “nie potrzebuję papierka dla naszej miłości”. Owszem, do tego faktycznie nie potrzeba żadnego glejtu, ani kościelnego ani państwowego. Jeżeli jednak ktoś chce poza miłością, garściami korzystać z przywilejów społecznych to papierek staje się przydatny, wręcz wymagany. Czy wyobrażamy sobie prawo, w myśl którego każdy Kowalski zatrudniony na etacie może sobie wrzucić zakup telefonu w koszty, ale tylko zarejestrowani przedsiębiorcy muszą samodzielnie rozliczać się z ZUSem? Kto byłby takim frajerem, aby założyć własną firmę? W przypadku wszystkich “niewierzących” w małżeństwo i jednocześnie głośnych orędowników związków partnerskich mamy do czynienia w najlepszym przypadku z wyrafinowaną formą hipokryzji, w najgorszym zaś ze zwykłym cwaniactwem. Nie można mieć ciastka i zjeść ciastka.
Związki partnerskie są jałowe, ale bynajmniej nie w sensie jakim rozumie je poseł Krystyna Pawłowicz. Bezużyteczna jest sama ich konstrukcja prawna i sens istnienia w kodeksie cywilnym. Smutna prawda jest taka, że zasadniczym celem istnienia, lub chęci wprowadzenia w życie, związków partnerskich jest konieczność obejście istniejącego prawa. Prawdziwy problem pojawia się gdy zdajemy sobie sprawę z tego, że przedsiębiorcą może teoretycznie zostać każdy, a na małżeństwo niestety mogą się zdecydować tylko wybrani.
W myśl art. 32 konstytucji “wszyscy są wobec prawa równi” i co się z tym wiąże, “wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne”. W kwestii jakkolwiek nazwanych związków między dwojgiem ludzi, płci dowolnej zasada ta najwyraźniej nie obowiązuje. O ile kobieta z mężczyzną udając się do urzędu stanu cywilnego staną się małżeństwem praktycznie od ręki o tyle para panów lub pań zostanie odprawionych za drzwi, bez żadnego kwitka. Stosując ponownie analogię z kodeksu handlowego można sobie wyobrazić sytuację, w której potencjalnemu przedsiębiorcy odmawia się rejestracji firmy tylko dlatego, że jest czarnoskóry, albo jest kobietą. Absurd, jawna dyskryminacja, niegodziwość? Pewnie, że tak. Historia pamięta takie czasy, nie mniej jednak dla dobra ludzkości dobrze byłoby o nich jak najszybciej zapomnieć.
Wracając jednak do głównego tematu – skoro jasno widać czym i dla kogo są w gruncie rzeczy związki partnerskie, dlaczego nie można zrezygnować z tej z założenia bezsensownej konstrukcji i uniknąć jawnej dwoistości prawa. Po prostu zalegalizujmy małżeństwa homoseksualne. Dlaczego? Bo małżeństwo z definicji przynosi korzyści społeczeństwu abstrahując od płci osób je stanowiących. Dlaczego nie? Tutaj powszechnie znane są argumenty, całe szczęście można się z nimi łatwo rozprawić.
Niektórzy twierdzą, że związek dwóch panów czy pań jest bezproduktywny i nigdy nie skutkuje potomstwem? A czy stosując tę miarę małżeństwo dwóch osób odmiennej płci, z których żadne nie chce albo nie może mieć dzieci będzie kiedykolwiek produktywne? Idąc dalej tym tropem, czy małżeństwa bezdzietne nie należałoby anulować? Jeżeli tak to po jakim czasie od ich zawarcia? Kto i kiedy miałby decydować o tym, które związki mają potencjał, a które są skazane na jałowość?
Słychać głosy, że związki homoseksualne stanowią zagrożenie dla tradycyjnego modelu rodziny. Na wstępie wypadałoby pewnie zdefiniować co dokładnie jest zagrożone. Zakładając, że rodzina to mąż, żona, kilkoro dzieci i pies, czy za tradycyjny model można również przyjąć wariant z kotem zamiast psa? Ile dzieci i jakiej płci przewiduje model tradycyjny? Rozumiem, że bezdzietna rodzina nigdy nie będzie tradycyjna, ale co z rodzicami wychowującymi dzieci samotnie? Domyślam się, że obrońcom moralności nie przeszłoby przez myśl nazwać rozwodników rodziną, ale czy definicja tradycyjności obejmuje także młodą wdowę z dzieckiem. Czy to jeszcze rodzina czy już zagrożenie?
Przechodząc do samej kwestii zagrożenia warto zastanowić się jaki wpływ na rodzinę z dwóją dzieci mają ich bezdzietni sąsiedzi, albo co gorsza trzydziestokilkuletni singiel. Czy zagrożenie wzrasta wprost proporcjonalnie do ilości dorosłych penisów w sąsiednim domostwie? Czy dwie lesbijki uprawiające miłość za ścianą są większym czy mniejszym zagrożeniem dla tradycyjnego modelu rodziny od męża pijaka bijącego żonę zamieszkałą piętro niżej? Jak widać tradycyjny model rodzi więcej pytań niż odpowiedzi. Może jest, delikatnie ujmując, niezbyt precyzyjny i nieżyciowy?
Istnieje jeszcze szereg innych argumentów przeciw, z których wszystkie oscylują wokół podniosłych pojęć takich jak moralność, religia czy nawet estetyka. Problem w tym, że głoszą je zazwyczaj jednostki, które za swój życiowy cel stawiają zaglądanie innym ludziom do łóżka, portfela i życiorysu. Związki homoseksualne ponoć godzą w poczucie estetyki znacznej części społeczeństwa. Z gustami się co prawda nie dyskutuje, ale tego typu stwierdzenia można skwitować jedynie tym, że w owym społeczeństwie poczucie estetyki może równie skutecznie zakłócić aparycja owych osób.
Konkludując – dajmy sobie spokój z dyskusją nad związkami partnerskimi. Jedynym słusznym i sprawiedliwym nie tylko społecznie, ale zwyczajnie, po ludzku, podejściem jest legalizacja małżeństw osób o dowolnej płci. Warto pamiętać, że legalizacja nie jest i nigdy nie będzie tożsama z przymusem. Świat, powoli bo powoli, ale stopniowo dojrzewa do prawdziwej tolerancji i równouprawnienia. Być może w naszym pięknym kraju potrzeba będzie do tego jeszcze sporo czasu, co nie zmienia faktu, że każda inna forma podejścia do tego tematu jest moim zdaniem… jałowa.


Komentarze
Pokaż komentarze (10)