Po paru(nastu?) latach wróciłem do lektury Człowieka bez właściwości RobertaMusila (sięgnęłem do trzeciego tomu). Wrażenia - niespodziewanie piorunujące, niesposób się oderwać od tej książki. Człowiek nagle sobie przypomina, co naprawdę znaczy określenie pisarz genialny. Nagle traci się ochotę na choćby pokpienie sobie z takiego nieszczęsnego Chwina, wsławionego brawurowym atakiem na nogawki Herlinga-Grudzińskiego krótko po jego śmierci (na wiadomych łamach oczywiście). A jeszcze parę dni wcześniej, mówiąc koledze o książkach Stefana Themersona skonstatowałem, że nie cieszy się ta twórczość należytym uznaniem i "obiegiem", bo u nas o tym co jest literaturą (zwłaszcza "dobrą literaturą") decydują ludzie w typie Chwina i Szczuki (a nie np. Lema i Themersona). Rozumiecie - żartem stały się już same te nazwiska, bo obaj się przy tym szczerze roześmialiśmy. Ale po "relekturze" Musila te nazwiska nie są już nawet żartem; choćby kiepskim - nie są.
Inna rzecz, która mi przyszła do głowy: a co, gdybym chciał swoje wrażenia z lektury relacjonować, pisać o Musilu? Rzecz wydaje się bez sensu - tyle o Musilu pisano, że co nie powiem, to będzie wpadało w dawno już urobioną koleinkę - taką czy inną... Z drugiej strony wiem przecież, że są ludzie, których wszystkie opinie są nowe i zaskakujące - miałem takiego znajomka w Szczecinie. Słuchanie go było znacznie lepsze i bardziej odkrywcze od książek (nie mówiąc już o programach telewizyjnych "dla inteligenta"). W zasadzie mógł mówić o czymkolwiek; o Musilu też by na pewno powiedział zaskakujące i pouczające rzeczy. Na imię miał Waldemar...
Tak czy inaczej mam to bezcenne doznanie zdobywania szczytów myśli ludzkiej; to niebywała rzecz - czytać Musila, Jaspersa, Husserla (tak mi się skojarzyli jako pierwsi) - wiedząc doskonale, że idzie się naprawdę mało uczęszczaną, trudną ścieżką... Że tamprzebywa w tejchwili naprawdę niewielu ludzi. Myślę, że każdy odczuje ten specyficzny rodzaj dreszczyku - i że jest on równie ważny, jak owo poczucie forsownego wysiłku w zdobywaniu "szczytu"; wysiłek, intelektualne poty - ale i ekscytacja z tym związana. Więcej w tym z alpinizmu, niz by się wydawało...
Musil jest poza tym bardzo specyficzny - kupa ludzi liczy na to, że pomęczy się ze 100 stron i jakoś się wgryzie - i jednak musi rezygnować. Inni uważają Człowieka bez właściwości za swą najulubieńszą książkę. Ja raz porzuciłem lekturę po tych 100 stronach, ale po jakimś czasie wróciłem do lektury i już się wgryzłem; teraz, po latach mam wrażenie, że wskoczyłem w to jak wprawny nurek, że "pruję fale" i w ogóle; być może osiągnęłem właśnie ten rodzaj dojrzałości czytelniczej i myślowej, który do Musila jest niezbędny.
Jeszcze taka myśl mi świta przy lekturze Musila: że należy on do kategorii tych naprawdę najwybitniejszych pisarzy, których powieści są w istocie dramatem ich własnego umysłu; że wszystkie postaci są "odmianami" samego autora. W "zwykłej powieści" czytamy tylko pewną historię, ale w przypadku tych najwybitniejszych dzieł naszych czasów intensywność doznań jest tak spotęgowana, że prawdziwa treść książki przebija przez "literaturę", prześwietla ją na wylot. Jest to treść umysłu o wadze wszak "równej Bogu" - umysłu człowieka, który nominalnie jest Robertem Musilem, ale jest też po trochę każdym człowiekiem.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)