44 obserwujących
83 notki
215k odsłon
  2157   0

Człowiek w Petersburgu - recenzja

Świetny film widziałem. Każdy, kto widział „Człowieka w Petersburgu” na pewno też będzie polecał. Dobre kino. Proszę nie mylić ze słynną powieścią Kena Folletta „Człowiek Z Petersburga”. Choć tę pomyłkę dystrybutor chyba chciał świadomie wyzyskać, licząc że popasożytuje na cudzej słowie. Zupełnie niepotrzebnie, bo historia, o której film opowiada jest ciekawsza. Folletowy „Człowiek z Petersburga” to prosta propagandówka bez wstydu i ambicji, z której co i rusz fastryga wyłazi, no zupełnie jak z innych „Człowieków z czegoś tam”. Natomiast „Człowiek w Petersburgu” ma, mimo sensacyjnej akcji, cechy porządnej przypowieści. Brak w nim tej nędzy rodem z telenowel, w której wszystko przez łóżko i instynkta jest tłumaczone. Dla przyciągnięcia nadpobudliwie ciekawskiej młodzieży i dla odwrócenia uwagi widowni od aktualnego interesu politycznego zwanego czasem prawdą historyczną. Im kto na człowieczeństwo czulszy, tym łatwiej go rozpłakać, rozmemłać i przymglić. Ale dość o tym. Film jest wyjątkowy, jeśli chodzi o polskie produkcje. Na szczęście pożyczono metodę od Hiszpanów, którzy ostatnio sporo robią angażując wykonawców i fachowców z samego Hollywood. I robią to nie dla siebie tylko, ale aby dało się oglądać w świecie.  

Film jest świetny, bo po prostu fachowo zrobiony, a jest wyjątkowy również dlatego, bo opowiada o zwycięstwie. Zwycięstwie moralnym, zwycięstwie indywidualnym i zwycięstwie faktycznym, bez którego zwycięstwo narodowe byłoby niemożliwe. Historie o samych tylko zwycięstwach moralnych też są fajne i na świecie dobrze się sprzedają. Choćby taki ”Lot nad kukułczym gniazdem”, w którym przecież McMurphy przegrał z kretesem konfrontację z psychiatrią (satanizmem w białych kitlach?). Elektrowstrząsami odebrali mu duszę i zamienili w warzywo. Moralnie jednak wygrał, bo wielki Indian wyrwał się na wolność i w dodatku zaczął mówić, a nawet, o ile pamiętam książkę, po prostu stał się narratorem.

Tu dygresja, jak to jest, że pojęcie zwycięstwa moralnego używane jest przez współczesnego Polaka jak szczególnie zjadliwy synonim kompletnej klęski. Czy taki Polak drwi z aspiracji i klęski małego bandziorka McMurphyego? Nie drwi, wszyscy McMurphyego lubimy, rozumiemy, a nawet się z nim utożsamiamy. Dlaczego więc Polak drwi sam z siebie?

Nie przez przypadek przywołałem „Lot nad kukułczym gniazdem” - całkiem spory kawał fabuły „Człowieka w Petersburgu” odegrany jest też w klinice psychiatrycznej i to nie jakiejś zapyziałej, jak w filmie Formana, tylko w najważniejszym stołecznym ośrodku imperium carskiego. Spotkałem się z komentarzem, że Kesey – autor "Lotu..." - zainspirował się przygodami, o których opowiada "Człowiek...". Wziął jednak pod uwagę trudności, jakie mogą wystąpić przy realizacji filmu kostiumowego i rzecz uwspółcześnił. No i uprościł dramaturgicznie, psychologicznie i całkiem pozbawił kontekstu historycznego.

Aby nie psuć przyjemności z oglądania, nie streszczę intrygi. Mamy sam początek XX wieku Carska policja usiłuje dowiedzieć się, kim jest ujęty przez nią w Warszawie konspirator. Ciekawe jest to, że nie posługuje się najprostszą metodą, o jaką można byłoby ją podejrzewać, gdybyśmy na poważnie traktowali obraz epoki stworzony przez Kena Folletta. No dość już uszczypliwości. W każdym razie żadnych tortur. Śledczy obawia się, że więzień jest wysoko ustosunkowany, więc być może stąd ta delikatność. W każdym razie jest zagadka, bo napięcie między mocarstwami rośnie i, jak wiemy z historii, za moment rozpocznie się to, co nazywamy rewolucją 1905 roku. Więc pytanie o nazwisko więźnia jest tylko wstępem do snuci domysłów, jakie to na siły zaczynają wymykać się spod kontroli. Nie minie pokolenie, a zacznie się szaleństwo wojny światowej. O czym wiemy, a nie mają prawa tego wiedzieć bohaterowie filmu. Przynajmniej niektórzy.

Dzięki wstępnemu śledztwu możemy poznać przedstawicieli różnych środowisk i, jakbyśmy to powiedzieli, nosicieli różnych ożywczych prądów, które zaczynały hulać po Europie. Mamy więc  Polaków, Niemców, Żydów, Rosjan, Anglików, okultystów, intelektualistów, freudystów, literatów, kupców. Międzynarodowo jest i ciekawie, bo to same postacie charakterystyczne, czasami większe, a czasami całkiem miniaturowe portrety, które nie pozostawiające widza obojętnym. Większość a może nawet wszystkie poznane postacie będą potem brały udział w organizacji ucieczki głównego bohatera. Bywa że nieświadome współuczestnictwa, a nawet wbrew swej woli czy poglądom politycznym. Nie jestem pewien, ale chętnie zobaczę film po raz drugi, choćby po to, żeby sprawdzić.

Rośnie apetyt, żeby wraz ze śledczym dowiedzieć się kim jest tajemniczy więzień. Gra go ten przystojniaczek, który akurat teraz odtwarza postać . Proszę wybaczyć, że zdradzę tajemnicę. Zaręczam, że nie wpłynie to na przyjemność oglądania. Zresztą jak ktoś choć trochę zna historię, to i tak rzecz się przed nim nie ukryje. A Śledczy - grany rewelacyjnie przez rosyjskiego aktora - dowie się dopiero na końcu, że rozpracowywał jakiegoś Józefa Piłsudskiego.

Lubię to! Skomentuj16 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale