Z informacji umieszczonych na okładce książki Stiega Larssona pt. „Mężczyźni którzy nienawidzą kobiet” wynika, że dzieło to stało się światowym bestsellerem i sprzedano go już w pięciu milionach egzemplarzy. Sam autor, szwedzki dziennikarz i pisarz, nie zdążył w pełni zasmakować sukcesu swej książki ponieważ zmarł w 2004 roku przeżywszy pięćdziesiąt lat.
Książka wchodzi w skład trylogii pt. ”Millenium”, której jest pierwszą częścią. W naszym kraju została wydana poza tym część druga pt. „Dziewczyna, która igrała z ogniem”. Na koniec września zaś, czy nawet na początek października 2009 roku planowana jest polska premiera trzeciej części.
Przystępując do omawiania „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet” muszę się najpierw z pewnej rzeczy wytłumaczyć. Otóż nie jestem fanem literatury kryminalnej. Mało tego: nie jestem fanem kryminalnych fabuł – czy to przedstawianych na ekranach kin, czy spisanych na kartach książek. Nie to, żebym od razu pałał do nich jakąś wielką odrazą, bo zdarza mi się czasem przeczytać – z całą świadomością i pełną odpowiedzialnością – książkę, w której zbrodnie, morderstwa, kradzieże i gwałty są na porządku dziennym, niemniej jednak kryminał, jako gatunek literacki czy filmowy, niezbyt mnie zachwyca. Sięgając więc po wspomniane dzieło Larssona nie oczekiwałem, że będzie ono źródłem zachwytów, olśnień i tych wszystkich rzeczy, które literatura może dać czytelnikom. Pierwsze pięćdziesiąt stron czytałem dwa dni. Po kartce, po dwie, w kiblu, na papierosie na balkonie, itd. itp. Dopiero trzeciego dnia, tak już pod wieczór, gdy zmierzch się kołysał, a dzieci posnęły ściszone haszyszem, usiadłem w fotelu, na stoliku położyłem szklankę herbaty, przeczytałem coś koło dwudziestu stron i spojrzałem na zegarek. Byłą dwudziesta pierwsza piętnaście, a do mnie dotarło że dziś nie pójdę wcześnie spać. I rzeczywiście: położyłem się spać dopiero wtedy, gdy zamknąłem ostatnią stronę książki. A ma ona tych stron 634.
Tak, „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” to niesamowicie wciągająca, pełna napięcia książka, której bohaterami są krwiste postacie z doskonałym rysem psychologicznym. Zaczyna się ta rzecz banalnie: pewien starszy człowiek, wraz ze znajomym, emerytowanym komendantem policji, zastanawia się nad tajemnicą zasuszonych kwiatów, oprawionych w ramki, które co roku, o tej samej porze, zawsze z innego miejsca na świecie, przesyłane są mu od anonimowego nadawcy.
W następnych odsłonach poznajemy ambitnego dziennikarza Mikael’a Blomkvist’a, który niestety musi opuścić swoją macierzystą redakcję ze względu na przegrany proces o zniesławienie, oraz dziwną dziewczynę: formalnie upośledzoną psychicznie, a naprawdę niesamowicie inteligentną researczerkę Lisbeth Salander. Obydwoje spotykają się troszkę przez przypadek, żeby rozwikłać zagadkę morderstwa, które zdarzyło się w 1966 roku i jak dotąd nie odnaleziono ani ciała ofiary – szesnastoletniej Harriet, ani – co chyba oczywiste – sprawcy. Zleceniodawcą zainteresowanym rozwikłaniem zagadki morderstwa jest ów starszy pan, który dostaje zasuszone kwiaty.
Przygody jakie spotykają dwójkę bohaterów, a zwłaszcza geniusz jakim się wykazują, jeśli chodzi o kojarzenie faktów, zbliża te postaci do klasyków powieści detektywistycznej, takich jak choćby Sherlock Holmes.
Komplementów i pochwał w stosunku do omawianej książki można napisać mnóstwo. Język (tu można mieć małe zastrzeżenia do tłumacza), narracja, kompozycja, bohaterowie , fabuła – wszystko to naprawdę na wysokim poziomie. Ja jednak chciałem, w związku z tą książką podzielić się z Państwem pewną refleksją; opowiedzieć Państwu tę książkę troszkę inaczej.
Zwróciły bowiem moją uwagę dwie drugorzędne płaszczyzny utworu. Pierwszą nazwałbym obyczajowo mentalną, a drugą ekonomiczną.
Pierwsza zobrazowana jest przede wszystkim życiem osobistym głównych bohaterów, szczególnie życiem Mikael’a Blumqvist’a. Otóż jest on rozwiedziony. Z małżeństwa pozostała mu córka, z którą utrzymuje dość sporadyczne kontakty, a jeśli chodzi o związek emocjonalno – uczuciowy, to ten raczej nie istnieje. Raz tylko główny bohater martwi się o córkę, kiedy to dowiaduje się, że jedzie ona na spotkanie – jak to on sam określa – „sekty” światło – życie (możne się tylko domyśleć, że chodzi tu o ruch foz-zoe, zapoczątkowany w Polsce przez ks. Blachnickiego, zwany popularnie ruchem oazowym). Najbliższą przyjaciółką Mikael’a, z którą często uprawia seks, jest niejaka Erica, która równocześnie jest współwłaścicielką i redaktor naczelną wydawanego przez nich, zajmującego się sprawami gospodarczo – ekonomicznymi, czasopisma „Millenium”. Erica ma oczywiście męża, który domyśla się wszystkiego, i któremu taki stan nie przeszkadza. Znamienną dla zobrazowania zasad mentalno – obyczajowych, jakie wyznaje główny bohater, jest scena, w której Erica zastaje Mikael’a w łóżku z inną kobietą i jedyne co czuje, to zażenowanie z tego powodu, że przyszła w nieodpowiednim momencie. Nie złość, nie nienawiść, nie żal, ale zażenowanie z tak banalnego powodu, jak przyjście nie w porę. Mało tego, kiedy kobieta, z którą spał i uprawiał seks wyznaje mu, że go kocha, on stwierdza jedynie, że mu przykro, że nie chciał i że nic z tego nie będzie. Seks tak, ale uczucie – wykluczone.
Inną sprawą, związaną z płaszczyzną mentalno – obyczajową utworu jest sposób przedstawienia instytucji rodziny. Otóż zbrodnia, której tajemnicę Mickael stara się wyjaśnić została popełniona na wyspie, którą zamieszkują w większości członkowie rodu prowadzącego rodziną firmę. Już pierwsze zetknięcie z tą rodziną sprawia, że czytelnik ma do niej dość chłodny – mówiąc eufemistycznie – stosunek. Relacje bowiem jakie zachodzą między poszczególnymi członkami familii, nie tylko nie są wynikiem miłości a wręcz nienawiści. Rodzina w książce jest więc generatorem zła. Mało tego: jak zauważa główny bohater, w tej rodzinie nigdy nie było rozwodów. Nie muszę chyba dodawać, że fabuła poprowadzona jest tak, że ów brak rozwodów przyczynia się do przemocy i patologii. Oczywiście mógłbym tu podać przykłady, ale nie chciałbym pozbawiać Was, szanowni czytelnicy przyjemności z obcowania z omawianą książką, opowiadając jej treść. Zresztą, jeśli już ją przeczytacie, to na pewno stwierdzicie, że rodzina jest instytucją patologiczną i przestarzałą, a jedynymi godnymi człowieka zachowaniami są wolny seks, bez zobowiązań i koniecznie bez zaangażowania uczuciowego. Jedynymi zaś obowiązkami jakie mamy wobec dzieci, to chronienie ich przed chrześcijańskimi sektami typu „Ruch Światło Życie”.
Druga płaszczyzna, czyli koncepcje ekonomiczne jakim hołduje główny bohater, unaoczniona jest za pomocą wątku dotyczącego procesu, jaki Mickaelowi wytoczył pewien biznesmen. Żeby nie relacjonować całego wątku z wyjaśnionych już pryczyn, powołam się tylko na fragment wypowiedzi, jakiej główny bohater udzielił w trakcie wywiadu telewizyjnego. Otóż na pytanie, czy czuje się winny krachu na giełdzie i związanego z tym krachem kryzysu gospodarczego, odpowiada on mniej więcej tymi słowami: giełda jest instytucją, na której bogacą się cwaniacy i wyzyskiwacze, a gospodarka to jest to, co wyprodukujemy rękami naszych robotników i inżynierów, to są telefony Sony Erricsson, to są samochody Volvo, czy wreszcie są to meble z Ikei. To jest nasza gospodarka.
Na zakończenie tej mojej przydługiej recenzji chciałem Was drodzy państwo zapytać: jakie Waszym zdaniem idee przemyca nam w swoim pasjonującym kryminale Stieg Larsson? Dla ułatwienia powiem Wam, że wspomniany autor do końca życia, a więc do 2004 roku, należał do Szwedzkiej Partii Komunistycznej.



Komentarze
Pokaż komentarze (10)