Podczas konferencji dotyczącej polskiej polityki zagranicznej Jarosław Kaczyński, jak pisze Rzeczpospolita, „zarzucił rządowi Tuska m. in., że zrezygnował z przywódczej roli wobec części krajów postsowieckich. – Rosjanie wykorzystują tę sytuację do obniżenia rangi Polski, to są stosunki całkowicie, radykalnie nierównoprawne, a więc degradujące Polskę – mówił.”
Najbardziej zainteresowała mnie w tej wypowiedzi owa „przywódcza rola”, którą, jak rozumiem Polska sprawowała zanim do władzy doszedł Tusk.
Przypuszczam, że prezes PiS miał na myśli Litwę, Ukrainę, Gruzję i Białoruś i zastanawiam się, czy faktycznie można mówić o naszej przywódczej roli w kraju, gdzie nienawidzą nas do tego stopnia, że nie pozwalają pisać polskich nazwisk po polsku, gdzie dzieci ostentacyjnie spluwają widząc samochód z polską rejestracją , albo w kraju, gdzie przysłowie mówi, by rozmawiając z Polakiem zawsze trzymać kamień za plecami? A może chodzi o kraj, w którym dyktator w żywe oczy śmieje się polskim obrońcom praw człowieka i demokracji gnębiąc przy tym na całego polską mniejszość?
Mam nadzieję, że w przytoczonej wypowiedzi chodziło prezesowi Kaczyńskiemu tylko o Gruzję, bo jeśli nie, to strach pomyśleć, jak sobie swą przywódczą rolę w Polsce wyobraża szef największej opozycyjnej partii...
Chyba jednak nie chciałbym, żeby ludzie szli za liderem pod przymusem i ze źle, jeśli w ogóle, skrywaną niechęcią, może nawet nienawiścią. Wolałbym, by przywódca umiał porwać tłumy i zachęcić je do ciężkiej pracy dla przyszłości naszego kraju. Tak, zdecydowanie wolę marchewkę od kija.


Komentarze
Pokaż komentarze (16)