Niektórzy z przerażeniem stwierdzają, że we współczesnej popkulturze, głównie w filmach i serialach, coraz częściej pojawiają się wątki z wszelkiego rodzaju mniejszościami. Osoby niebinarne, geje, lesbijki i biseksy, transseksualiści, Murzyni, Latynosi, Azjaci i przede wszystkim kobiety, dużo kobiet – to wszystko sprawia, że przeciętny biały heteroseksualny mężczyzna nie ma się już z kim utożsamiać. Dołóżmy do tego prawicowy światopogląd i nagle świat zaczyna się jawić w potwornie mrocznych barwach: oto nadchodzi genderowa rewolucja, która zmiecie ze sceny tak drogi sercom wielu z Was patriarchat. :) Czy słusznie jednak marudzi się na obecność homosi i transów w takim Netflixie? Przyjrzyjmy się temu zjawisku:
Czyli tych filmów i seriali, w których pojawia się wątek gejowski czy transowy, jest w rzeczywistości mniej niż straszą prawicowi publicyści i politycy. Dlaczego więc tak im te wątki przeszkadzają? Czy nie chodzi głównie o to, że oswaja się – przede wszystkim młodych – widzów z obecnością INNOŚCI? Czy jest to tzw. źle rozumiana tolerancja, która pod płaszczykiem inkluzywności biczuje każdego, kto ośmiela się mieć inne zdanie? Moim zdaniem krytyka konserwatystów jest chybiona i tak dalece przesadna, że nie sposób się do niej na poważnie ustosunkować. Ja wiem, że teraz modnie jest narzekać na trend zwany woke, lecz ile produkcji epatuje takimi rozwiązaniami? Jeśli ktoś omija daną rzecz, gdyż występują w niej postaci niebinarne, sprawcze i dominujące laski czy osoby o innym niż biały kolorze skóry, to chyba do owej rzeczy po prostu nie dorósł. Każde społeczeństwo na świecie składa się ze zróżnicowanych osobników, nie ma co histeryzować, że w jakimś obrazie pojawi się lesbijski pocałunek, drag queen czy gorąca, agresywna Latina.
Oczywiście pewne reżyserskie pociągnięcia są absurdalne i to akurat warto punktować. Np. obsadzanie czarnoskórych w rolach XIXwiecznej arystokracji. I tutaj też, tym razem słusznie, jest brany na celownik Netflix:
W tym wypadku mogłabym nawet przyznać rację konserwatystom, że obyczajowy bzik popularnej platformy streamingowej jest winą szalejącej poprawności politycznej. Murzyni w XIXtym wieku byli pariasami społeczeństw Europy i USA, co, rzecz jasna, kłóci się z celami postawionymi sobie przez postępowych reżyserów i producentów. Ale już sama obecność czarnoskórego w roli postaci decyzyjnej w filmie czy serialu o czasach współczesnych nie powinna nikogo szokować. Awans społeczny stał się faktem, niejeden czarny zrobił karierę i warto o tym kręcić produkcje.
Ja osobiście rzadko coś oglądam; zbyt szybko się nudzę i porzucam dany obraz. Ale jeśli już miałabym coś zaliczyć, to nie miałoby dla mnie specjalnego znaczenia, czy w danym dziele występuje homoś, trans, Murzyn czy Azjata. Może nawet wystąpić mnóstwo Żydów, ateistów, katolików czy osób niepełnosprawnych. Ważne, żeby film czy serial był ciekawy, proponował niebanalne zwroty akcji i zachwycał scenografią. W końcu jesteśmy widzami po to, żeby uprzyjemnić sobie czas, a nie po to, żeby szukać dziury w całym, bo zobaczyliśmy ciężko umalowanego transwestytę czy kobietę w roli agenta 007. Owszem, to ostatnie – czyli zastępowanie facetów babami – niespecjalnie mi się podoba, lecz jeśli fabuła przekonuje mnie do siebie, jestem w stanie to ścierpieć. :) A narzekactwo na popkulturę pozostawmy zawodowym tradycjonalistom oraz Kościołowi.



Komentarze
Pokaż komentarze (122)