Volenti non fit iniuria, czyli chcącemu nie dzieje się krzywda – ta zasada jest jedną z podwalin naszej cywilizacji. Jeśli dorosły, w pełni świadomy człowiek decyduje się na podjęcie czynności, o której wie, że MOŻE przynieść mu szkodę, to nie ma później prawa do roszczenia sobie odszkodowania od osób zaangażowanych w tę czynność. Czy jest to zasada obiektywnie mądra, słuszna i godziwa? Nie do końca. Ani wiek dojrzały, ani świadomość potencjalnych skutków naszych działań nie oznaczają, że podejmiemy właściwą decyzję. Ileż to bowiem razy czytaliśmy o idiotach, którzy pakują się w klapkach na Giewont, skaczą na główkę do płytkiego jeziorka czy kupują sobie groźne psy, które ich potem zagryzają, prawda? Pół biedy, jeśli taki imbecyl sam ponosi cenę swoich błędów; gorzej, jeśli płacą za to inni, czasami nawet całe społeczeństwo.
Dla zilustrowania tych gorzkich rozważań wklejam artykuł o pewnej nieszczęsnej pannie, która zażyczyła sobie wykonania na niej pewnego bardzo ryzykownego zabiegu. Zapraszam do lektury:
Z tekstu wynika, że winę ponosi tatuażysta ze względu na poważne zaniedbanie. Czy można zatem twierdzić, iż zachodzi tutaj reguła, że „chcącemu nie dzieje się krzywda”? W końcu oślepiona niewiasta miała prawo oczekiwać profesjonalizmu oraz właściwych narzędzi do spełnienia swojego marzenia o czarnych gałkach ocznych. Tyle tylko, że procedura, której została poddana, jest tak szalenie inwazyjna i niebezpieczna, że nie można zdjąć z tej młodej damy całkowitej odpowiedzialności za to, co się stało. Powinna była wiedzieć, że:
Cała ta historia – aczkolwiek tragiczna w wymiarze jednostkowym – może posłużyć za pewien morał dla osób zainteresowanych nadmierną ingerencją w swój wygląd, modyfikowaniem (czy wręcz okaleczaniem) swojego organizmu bądź dążeniem do „wyrażenia siebie” poprzez jak największe odróżnienie się od szarego tłumu. Rozległe tatuaże, piercingi każdej części ciała, rozdwajanie języka, piłowanie zębów, wszczepianie guzów pod skórę – to tylko objaw, a nie przyczyna patologii trawiącej społeczeństwo. Patologii, która polega na tym, że chcemy czuć się wyjątkowi, niepowtarzalni i podziwiani pomimo braku jakichkolwiek osiągnięć czy przymiotów ducha i umysłu. W przypadku opisanej w pierwszym linkowanym artykule panny mamy do czynienia z trwałym kalectwem. Ale nawet jeśli „ulepszanie” własnej osoby nie prowadziłoby do nieszczęścia, to warto się jednak zadumać nad kwestią kretyńskiej mody, która każe ludziom robić z siebie odrażające dziwadła.
Na deser zapraszam do obejrzenia i przeczytania pewnego Demotywatorka:

Czy tylko ja uważam przekonanie, iż inni nie powinni osądzać tego, co DOBROWOLNIE zrobiliśmy z własnym ciałem, za żenująco dziecinne? Co prawda nie powinno się oceniać książki po okładce i być może ten jegomość jest w gruncie rzeczy dobrym człowiekiem, niemniej przeciętnego zjadacza chleba może niepokoić, co się roi w głowie kogoś, kto doprowadził się do takiego stanu. A swoją drogą, to dlaczego nie wolno go oceniać po tym, co SAM sobie zrobił (no, powiedzmy, przy pomocy osób trzecich zainteresowanych zarabianiem na takich indywiduach)? Przecież aparycja tego młodzieńca aż krzyczy o to, by zwracać na niego szczególną uwagę. Coś mi się wydaje, że chce on być przez każdego zauważany, ale już nie krytykowany. Tylko że tak się nie da. :)


Komentarze
Pokaż komentarze (110)