Dzisiaj jeden z tych wierszy, które zostawiają w człowieku łagodny smutek. W końcu nie można być gorszym od blogera Zygmunta Prusińskiego. :)
Edgar Lee Masters
ELSA WERTMAN
Byłam wiejską dziewczyną z Niemiec,
Błękitnooką, o cerze jak róża, pogodną i silną.
Pierwszą pracę znalazłam w gospodarstwie Thomasa Greene'a.
Pewnego dnia latem (jego żona gdzieś wyjechała)
Wśliznął się do kuchni i bez pytania
Wziął mnie w ramiona i pocałował w szyję,
Bo odwracałam twarz. Co się stało potem,
Stało się jakby bez jego i mojej wiedzy.
I zapłakałam: co teraz ze mną będzie?
I płakałam, wciąż płakałam, gdy mój sekret zaczął być widoczny.
Pewnego dnia pani Greene powiedziała, że wszystko rozumie,
i że nic mi złego nie zrobi,
i że sama jest bezdzietna, więc załatwi adopcję.
(Mąż podarował jej farmę, żeby ją udobruchać.)
Od tej pory zamknęła się w domu i rozpuszczała pogłoski
O tym, że niby sama się spodziewa.
I wszystko poszło gładko, i dziecko przyszło na świat – byli dla mnie naprawdę dobrzy.
Później wydałam się za Gusa Wertmana i mijał rok za rokiem.
Ale kiedy na wiecach wyborczych ci, co siedzieli obok,
Myśleli, że płaczę, poruszona wymową Hamiltona Greene'a –
To nie o to chodziło.
Nie, mnie po prostu chciało się wołać:
To mój syn! To mój syn!
Przekład: Stanisław Barańczak



Komentarze
Pokaż komentarze (1)