Na Salonie pojawił się tekst o polskiej biedzie. No dobrze, dorzucę zatem coś od siebie.
Czy ubóstwo jest oznaką nieudacznictwa, głupoty, bycia obywatelem drugiej kategorii? Czy życie w poczuciu zagrożenia komornikiem, posiadanie wielu długów i niezdolność do zarobienia sensownych pieniędzy jest czymś godnym pogardy? Czy należy się wstydzić braku zasobów materialnych? Nie wiem, ale wydaje mi się, że niejeden tak myśli. Paradoksalnie pomimo malutkich dochodów, a nierzadko zadłużenia na potężne sumy, nabywamy ciągle coraz więcej zbytkownych rzeczy, które cieszą tylko przez chwilę. Konsumpcjonizm kwitnie także – a może zwłaszcza – wśród biedoty. Tylko czy jest to wina samych konsumentów czy może kryje się za tym jakaś głębsza przyczyna?
Wydawałoby się, iż można wyjść z tego zaklętego kręgu ciągłych zakupów i zadłużenia. Parę banałów: po pierwsze, miejmy w dupie przygłupów popisujących się nowymi artefaktami (niezależnie od tego, czy są to zwykli ludzie, czy zarabiający na reklamach influencerzy); po drugie, zawrzyjmy solidne umowy z wierzycielami i spłacamy ich po troszeczku, choćby i kosztem wyrzeczeń; po trzecie, zacznijmy się cieszyć tym, co już kupiliśmy i wykorzystajmy to ma maksa, do totalnego zajechania.
Naturalnie łatwiej powiedzieć niż zrobić. Czy umiemy sobie powiedzieć „dość” w kwestii nabywania kolejnych przedmiotów? Co to w ogóle znaczy: mieć za dużo? Za dużo czego? My np. posiadamy mnóstwo dużo elektroniki, co wynika częściowo z zawodu i pasji mojego Partnera. Ale problemem jest przede wszystkim nasze życie ponad stan. Fajnie się ogląda filmiki o oszczędzaniu, dopóki nie popatrzy się na własną konsumpcjonistyczną egzystencję. Ciężko jest się przestawić na maksymalnie skromne życie. A przecież i tak na pewne zakupy czekam od dłuższego czasu. Co mają powiedzieć ci, którym autentycznie wstyd, że nie nadążają za trendami? :) A przecież znaczna część społeczeństwa pracuje za minimalną krajową!


Komentarze
Pokaż komentarze (35)