No więc stało się. Polska podobno wyprzedziła Hiszpanię w parytecie siły nabywczej. Wydaje się to zaskakujące ale może chodzi o ten węgiel, gaz i pellet, który możemy sobie kupić na zimę. Hiszpanie przecież nie muszą tego robić. A może chodzi o ceny w restauracjach, które w Polsce są wyższe. No to przecież tutaj też więcej wydajemy czyli nabywamy!

A tak na poważnie w przeliczeniu na tą samą walutę bez filtrów? Zestawienia dotyczące majątku netto dorosłych Europejczyków za 2024 rok nie pozostawiają złudzeń: Polska ma najniższą medianę majątku netto na osobę w całej Unii Europejskiej. Mediana – przypomnijmy – to nie średnia, którą potrafią windować w górę najbogatsi z warszawskich enklaw luksusu i ich apartamenty kupowane za gotówkę. Mediana to punkt, w którym połowa społeczeństwa ma mniej, a połowa więcej. W Polsce ta granica wynosi 22 257 euro na dorosłego (2024 r.). To oficjalna liczba. Tyle – i ani eurocenta więcej.
Dla porównania:
– Belgia – 234 tys. euro,
– Hiszpania – 116 tys. euro,
– Słowacja – 43 tys. euro.

My? 22 tysiące. Ostatnie miejsce w UE. Bliżej nam do Turcji niż do Słowacji, która jakimś czempionem w Europie nie jest.
I teraz najważniejsze: to nie jest „majątek” w sensie willi z basenem i trzech mieszkań pod wynajem. To wszystko, co posiadasz – minus wszystko, co jesteś winien bankowi. Mieszkanie kupione na kredyt, samochód, oszczędności, obligacje – pomniejszone o hipotekę i inne zobowiązania.
Polska jest więc krajem, w którym miliony ludzi „mają” mieszkanie, ale realnie są na granicy zerowego kapitału. Wystarczy choroba, rozwód albo gwałtowny wzrost stóp procentowych – i bilans netto robi się dramatyczny.
Najbardziej bolesne jest jednak to, że nawet nasi sąsiedzi z dawnego bloku wschodniego są wyraźnie przed nami. To już nie jest kwestia „Zachód kontra Wschód”. To kwestia systemowa. Mamy więc rozwarstwienie: garstkę naprawdę bogatych i ogromną większość, której majątek netto – ten realny, policzony po odjęciu długów – jest niski. Bardzo niski.
A politycznie? Wciąż słyszymy o „cudzie gospodarczym”, bo PKB rośnie. Tylko że PKB to produkcja, a nie majątek obywateli. Wzrost może być imponujący, ale jeśli nie przekłada się na akumulację kapitału gospodarstw domowych, to zostaje na papierze.
Dziecko wychowane w rodzinie, której majątek netto wynosi około 20 tys. euro, startuje z zupełnie innej pozycji niż rówieśnik z Hiszpanii gdzie ten majątek sięga ponad 100 tys. euro. To nie jest różnica kosmetyczna. To przepaść kapitałowa. A podobno Hiszpanie mieli w Polsce szukać roboty bo u nich taka bieda.
Przez dekady transformacji pozwoliliśmy, by wzrost gospodarczy nie przełożył się proporcjonalnie na majątek netto przeciętnego obywatela. Efekt? Kraj z autostradami, galeriami handlowymi i nowoczesnymi biurowcami – ale z medianą majątku netto 22 257 euro, najniższą w UE. To nie jest powód do dumy. To sygnał alarmowy.
I dopóki będziemy mylić wzrost PKB z bogactwem społeczeństwa, dopóty będziemy świętować sukcesy makroekonomiczne, stojąc na samym dole europejskiej tabeli majątku obywateli.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)