WIESIOŁYJE KARTINKI WIESIOŁYJE KARTINKI
53
BLOG

TRUCHŁO

WIESIOŁYJE KARTINKI WIESIOŁYJE KARTINKI Kultura Obserwuj notkę 0

- Obcy? Nie, na pewno bym zauważyła - nauczycielka przytknęła ręce do nieistniejących piersi. - Nic godnego uwagi się nie działo. Czekały na mnie i bawiły się z psem.

- Z psem? Ołówek śledczego, którym wysoki urzędnik rysował esy-floresy w swoim notatniku zatrzymał się - Z jakim psem?
- Ze zwykłym - Kozajewa nie mogła wyjść ze zdumienia, że przesłuchującego zainteresował tak mało istotny szczegół.
- Z jakim? - dobitnie powtórzył pytanie śledczy. - Duży? Mały? Pies? Suka?
- Średni - usiłowała sobie przypomnieć Kozajewa. - Nic nadzwyczajnego. Taka... Łajka, zwykły rosyjski piesek. Suczka - poprawiła się po chwili milczenia znów czerwieniejąc.
- Aaaa... - śledczy zamyślił się. - To nie dobrze.
- Z tym psem niedobrze? Był wściekły? - przeraziła się Kozajewa.
- Gorzej - śledczy spojrzał jej prosto w oczy. - Był nieziemsko wściekły. Sama wściekłość.
- Ale przecież tak ładnie się bawił... Żadnego z dzieci nie ugryzł!
- Ugryzł, ugryzł - śledczy pokiwał smutno głową. - I to głębiej niż myślicie.

Cóż - wstał i zaczął pakować ołówek i notes do teczki - to wszystko, dziękuję wam. Musicie mieć trochę czasu, żeby się spakować.
- Spakować? Przecież ja nigdzie nie jadę!
- A! Ja taki gapa, towarzyszko - śledczy skłonił się przepraszająco i nałożył czapkę uszankę - Zapomniałem was poinformować. W nagrodę za wasze osiągnięcia ministerstwo postanowiło was przenieść na pięć lat, do emerytury, w lepsze miejsce. Zdrowsze. Na Sachalin. Tam, wiecie, mamy zaległości edukacyjne. Dzieci chodzą samopas. Będziecie mieli dużo pracy, a wasze zdolności, w co nie wątpię, zostaną należycie wykorzystane. Przed szkołą czeka na was milicjant. Pomoże wam pozabierać dobytek i zawiezie do obwodu, na pociąg.

No - wyciągnął do zmartwiałej Kozajewej dłoń na pożegnanie. - Do zobaczenia! Niech wam się wiedzie na nowej drodze. - Kozajewa podała mu posłusznie, automatycznie, suchą, kościstą dłoń o szponiastych palcach. Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale ściśnięte gardło odmówiło jej posłuszeństwa. Stała przez kilka minut w pustej klasie bez ruchu wpatrując się w wiszący nad nauczycielskim biurkiem, za którym zasiadała trzydzieści lat, wizerunek wodza rewolucji.


- Śmierdzące truchło - zawołała nagle jakimś nieswoim głosem. Rzuciła się jak szalona w stronę okna i wściekłym ruchem zerwała firankę. Wolno, pedantycznie, zaczęła kręcić z niej gruby powróz. Z twarzy odpłynęła jej krew. Bladą wysuszoną maskę przeciął demoniczny grymas obrzydzenia pomieszanego ze skrajną euforią. Nagle raz jeszcze spojrzała na portret wodza i zachichotała. - Pójdź truchło do truchła - szepnęła w stronę ukochanej postaci na obrazie. Zręcznie zawiązała pętlę, przerzuciła koniec ukończonego sznura przez solidny hak, na którym wisiał portret, wskoczyła zwinnie jak kozica na biurko i po trzech minutach było już po wszystkim.

2. Вторая картина четвтого явления


    - A teraz, moje drogie dzieci, przywitamy pięknie towarzysza wizytatora, który przyjechał do nas aż z samej Moskwy, i towarzysza dyrektora, który mu będzie towarzyszył w przysłuchiwaniu się naszej lekcji - dyplomowana nauczycielka, Walentyna Kozajewa, nie potrafiła ukryć lekkiego zdenerwowania. Wizytacja z samej Moskwy była ukoronowaniem jej pedagogicznej kariery, poematu o pracy z młodzieżą, który rozpoczął się jeszcze podczas Wielkiej Ojczyźnianej. O dzieci nie bała się wcale. Jak każdy solidny rzemieślnik panowała nad tworzywem w stopniu niemalże doskonałym. Rokrocznie produkowała trzydziestkę perfekcyjnie ukształtowanych, młodych obywateli Związku Radzieckiego i była pewna, że przenigdy jej wychowankowie nie przysporzą ojczyźnie kłopotów.


- Towarzyszka Kozajewa - dyrektor Łachmanow przedstawił ją wizytatorowi.
- Zdrawstwujtie, Towarzyszko - wizytator, jowialny, dość przystojny mężczyzna w średnim wieku, o kruczoczarnych włosach gdzieniegdzie poprzetykanych siwymi pasmami, ścisnął jej dłoń i uśmiechnął się dobrodusznie i przesympatycznie. - Proszę nie traktować mojej wizyty jako sprawdzianu dla was, towarzyszko Kozajewa. Niech to będzie dla mnie, dla nas wszystkich, odpowiedzialnych, komunistycznych wychowawców lekcja, jak kształtować młodzież, aby nie zawiodła pokładanych w niej nadziei. Proszę się rozluźnić - widać było, że zwrócił uwagę na jej podenerwowanie - Pozostaniecie w tej samej, co zawsze, roli. Wy będziecie uczyć, a ja będę chłonął wasze nauki.


- Dziękuję - Kozajewa spłoniła się, jak to miała we zwyczaju - Proszę, towarzyszu wizytatorze, towarzyszu dyrektorze, usiądźcie. Tam z tyłu przygotowałam dla was miejsca. Są kanapki i coś do popicia... Herbata, znaczy się - wyjaśniła jakby przepraszając i otworzyła usta prezentując nadzwyczaj długie przednie zęby. “Fuj!” pomyślał wizytator podsumowując jej sławny w obwodzie brak urody i od razu odechciało mu się jeść kanapki. Puszczony przodem przez dyrektora odbył marszrutę wzdłuż środkowych rzędów ławek ani razu nie spojrzawszy na dzieci. Były wszędzie takie same. Raczej domyte i raczej rumiane. Ubrane w białe koszule i czerwone chusty. Zajął przygotowane miejsce i spojrzał na Kozajewą z odległości. Odległość od Kozajewej była kilkumetrowa i była to - jak stwierdził - najbliższa odległość, z której można było ją oglądać. Potwierdzał to nawrót apetytu. Obok niego zasiadł dyrektor Łachmanow kładąc na pulpicie przed nimi dwoma ołówki i czyste kartki papieru do sporządzania uwag i notatek.


Kozajewa czekała cierpliwie aż znieruchomieją, po czym zaczęła lekcję.
- Drogie dzieci - omiotła spojrzeniem swoją ukochaną gromadkę - dzisiaj opowiemy sobie o sprawach ważnych. Kto powie, jakie to są: ważne sprawy? Z wyczekiwaniem spojrzała na jasne główki troszkę się jednak obawiając, czy wizyta obcego człowieka ich nie speszy i czy nie będzie musiała wywoływać po nazwisku, ale mile się rozczarowała. Prawie wszystkie dzieci podniosły posłusznie ręce. - No, proszę, może Wowa - wyszczerzyła się ciepło do ucznia.


- Ważne sprawy to są sprawy, które się dzieją w domu. - odpowiedział Wowa lekko sepleniąc. Ważna sprawa to mama. I tata też. I praca mamy i taty są ważne. I trzeba się uczyć...
- Dobrze, dobrze - przerwała mu Kozajewa - nie za dużo na raz. Oczywiście, dom to ważna sprawa. Ale powiedziałeś o pracy mamy i taty. Chyba też uważasz, że to, co robią jest ważne? To powiedz, dla kogo pracują twoi rodzice, Wowa?
- Dla Ojczyzny - padła oczekiwana odpowiedź.
- Świetnie! Dla ojczyzny. Dla Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. I dla kogo jeszcze? No, Wowa?
- Dla partii - odpowiedział Wowa, znów zgodnie z oczekiwaniami.
- Tak - potwierdziła nauczycielka najcieplejszym głosem, na jaki mogła się zdobyć.
- A powiedz, co robi twoja mamusia?
- Wyrywa paznokcie wrogom ludu - odpowiedział grzecznie Wowa - niszczy te robale, te ścierwa, robi z nich szmaty. I wysyła do roboty na wschód, żeby jak najszybciej zdechły.


- Dobrze - nauczycielka potaknęła mechanicznie kiwając głową, lecz jej mózg zaprotestował, kiedy po krótkiej chwili wyłączenia spowodowanego wstrząsem zaczął przyswajać sobie to, co usłyszała. Spojrzała szybko na gości. W oczach dyrektora dojrzała bezbrzeżne zdumienie i zaczątek strachu. Najważniejszy gość miał usta wypchane kanapką i błądził wzrokiem po krajobrazie za oknem. “Chyba nie usłyszał” kamień spadł Kozajewej z serca. “Skąd mu to przyszło do głowy” nie mogła wyjść ze zdumienia. “Myślałam, że jego matka pracuje w biurze. Musiał podsłuchać jakąś rozmowę pomiędzy rodzicami. Koniecznie muszę im zwrócić uwagę!”

- Siadaj, Wowa - powiedziała sucho bez cienia uśmiechu dając mu w ten sposób do zrozumienia, że odpowiedź nie była prawidłowa. - No, a teraz Misza - na jej kozią twarz powróciła wystudiowana latami łagodność. - Opowiedz, jak pracuje dla ojczyzny twój tatuś? Jakie to ważne sprawy załatwia w swojej pracy?
- Chleje - odpowiedziało dziecko radośnie, wstając. - Chleje od rana do nocy. W pracy chleje, w domu chleje i mówi, że bez chlania nie mógłby tak kłamać i się łajdaczyć. - No, tym razem towarzysz wizytator wyraźnie się zainteresował. Spojrzał na Kozajewą jakby wyrwany z drzemki. Oczy miał szeroko otwarte, zmarszczył czoło, a usta zacisnął w cienką kreskę. Zaczął coś szybko zapisywać na podanych mu kartkach. Po czym żywo wymienili szeptem uwagi z czerwonym jak burak dyrektorem.


- Może niech wierszyk któreś powie - zaproponował dyrektor dysząc.
- Tak, oczywiście - Kozajewa czuła, że zamiast serca ma bryłę lodu, a skóra cierpnie zamieniając gładką powierzchnię w tarkę. - Sasza - powiedz wierszyk! - przestała panować nad wysokością i siłą głosu.
- A który? - pytał przymilnie drocząc się Sasza odsłoniwszy poprzerywany brakami rząd mleczaków. - Ten o wycieczce?
- Tak, może być - słabym głosem zachęciła go nauczycielka. Sasza wyszedł przed ławki dumny z wyróżnienia i stanął obok Kozajewej, przodem do siedzących. Kozajewa położyła mu kostuchowatą dłoń na główce. Sasza ukłonił się i zaczął deklamować:

wesoły

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura