Kawa magazyn Kawa magazyn
192
BLOG

KRZYSZTOF WIELECKI - O kryzysie gospodarczym i koniu, który mówi

Kawa magazyn Kawa magazyn Polityka Obserwuj notkę 2

 

 

Krzysztof Wielecki

Szkoda, że świat nie chce być taki prosty, jak się niektórym ekonomistom on wydaje. Pamiętam, jak dwa lata temu, 29 lipca, rozmawiałem w Nowym Jorku z kilkoma uczonymi politologami, socjologami i ekonomistami i indagowałem ich o kryzys. Pytali, o jaki kryzys mi chodzi - czy może w Polsce jest coś nie tak? Dwa dni później wysiadłem z Boeinga na lotnisku Charlesa de Gaulle’a, kupiłem gazetę… okazało się, że cały świat już wiedział o dramatycznym kryzysie finansowym w gospodarce amerykańskiej.

Przypomniał mi się wówczas cytat z książki Dawny ustrój i rewolucja Alexisa de Tocqueville’a: „Dzieje naszej Rewolucji powinny niewątpliwie stanowić najlepszą lekcję skromności dla filozofów i dla mężów stanu, nigdy bowiem nie było wydarzeń donioślejszych, szykujących się dłużej, lepiej przygotowanych - i mniej przewidzianych”.

Dwa miesiące później (a zatem gdzieś pod koniec września czy na początku października), już w Polsce, jeden z czołowych ekonomistów, profesor i prominentny działacz finansowy, na pytanie zadane przez dziennikarkę radiową, czy kryzys potrwa długo, odrzekł, że raczej krótko, gdyż ma on wrażenie, iż „rynki zmęczyły się już kryzysem i zechcą się teraz podnieść”. Inny „analityk rynków”, ekonomista, także profesor i ważna postać w krajowym systemie finansowym, stwierdził, również w październiku, że do tej pory „uważaliśmy, że mamy robić wszystko, co nam powiedzą rynki, ale teraz przekonaliśmy się, iż również my powinniśmy zacząć mówić do rynków”. Nazwisk tych ekspertów nie będę wymieniał, a to z powodu miłosierdzia, jakie staram się praktykować, gdy tylko o tym pamiętam.

Ten rodzaj uprawiania ekonomii zawsze mnie bawił: komentarz gospodarczy lub giełdowy w stylu bajki dla dzieci, ze wszystkimi znanymi środkami artystycznymi, jak personifikacja i metafora. Rynki jako bogowie, których trzeba słuchać, bo czegoś chcą, podejmują decyzje, a nawet podnoszą się lub opadają. A ekonomiści niczym kapłani, którzy z nerek i wątroby ofiarnego cielca odczytują ich wolę i wyroki. Najpierw rynki były podniesione, bo tak im się podobało, a potem siadły, gdyż pewnie zmęczyły się powodzeniem. A teraz znudziły się już siedzeniem, więc się podniosą. Objawienie o rynkach, które mówią (jak koń ze starego filmu dla dzieci), przypominają mi porzekadło mej babci o dziadzie, który przemawiał do obrazu. Niestety bez skutku, Panie Kolego. Bez skutku.

Chciałbym jeszcze wyjaśnić tajemnicę, skąd ja, wówczas w Nowym Jorku, wiedziałem o kryzysie? Wstyd mi, że odpowiedź będzie tak mało ekscytująca: z lektury, Koledzy, z lektury. Od dawna można było o tym przeczytać w wielu publikacjach naukowych (nazwiska i tytuły chętnie podam zainteresowanym). Na pytanie, dlaczego tych lektur nie znają wspomniani profesorowie ekonomii, podobnie jak kilku innych, z takim wdziękiem okadzających współczesny kryzys i odczarowujących go za pomocą cudownych zaklęć, odpowiedź brzmi: nie wiem. To dopiero jest tajemnica.

Autor jest profesorem w Centrum Europejskim Uniwersytetu Warszawskiego oraz dyrektorem Instytutu Filozofii i Socjologii APS.

Już w sprzedaży Piszą dla nas m.in.:

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Polityka