Ryszard Bugaj
Byłem często skonfliktowany z różnymi osobami z kręgu rodzinnego. Mój świat był światem ze szkoły i z książek. Ich świat to była małomiasteczkowa tradycja. Większość mojego kręgu rodzinnego nie była wolna od antysemityzmu. Moi krewni (także rodzice) swój antysemityzm wynieśli z okresu międzywojennego, gdy konflikt etniczny zastępował w znacznej mierze konflikt socjalny i wyrastał z napięć kulturowych dwu zamkniętych społeczności. Kościół - mówiąc najłagodniej - nie był czynnikiem moderującym. Miasteczko przed wojną było w większości żydowskie, ale po wojnie została chyba jedna tylko żydowska rodzina (Szejnwaldów, którzy wyemigrowali około 1958 roku do Izraela). W plebejskim środowisku Holokaust tylko niektórych skłonił do odrzucenia antysemityzmu. Można było usłyszeć straszne słowa: Hitler był bandytą, ale uczył Żydków roboty. Jednocześnie rodzinę Szejnwaldów traktowano z sympatią, a antysemityzm w znacznej mierze zastępował niechęć do komunistów. Pewnie z tego powodu antysemicka kampania PZPR-u, rozniecona w marcu 1968 roku, nie pociągnęła ludzi z mojego miasteczka. Rozpowszechnione było raczej przekonanie, że to „kłótnia rodzinna”.
Do szkoły średniej chodziłem już w Warszawie. Było to technikum mechaniczne. Mimo wielu dobrych i ofiarnych nauczycieli, szkoła ta była fatalna. Próbowano nas nauczyć zbyt wiele (np. poważnych rzeczy z termodynamiki lub teorii skrawania). Codziennie (łącznie z sobotami zajętymi przez „warsztaty”) było 7 lub 8 lekcji, a ja dojeżdżałem z Sochaczewa. Podobnie jak ogromna większość moich kolegów niewiele się nauczyłem, ale sporo przeczytałem. Czytałem dwie rzeczy: klasykę literatury (Balzaka, Dostojewskiego i wielu innych), która w znacznej części była ponad moje siły, i książki historyczne - po części ogromnie tendencyjne (co dostrzegłem dużo później). W szkole średniej byłem w ZMS-ie i po raz pierwszy zaangażowałem się w działanie, które okazało się „opozycyjne”. Mieliśmy nieformalne kółko dyskusyjne, które debatowało na podstawie „białych kartek” (to były nasłuchy Wolnej Europy, które jeden z kolegów wykradał ojcu pracującemu w KC). Wykrył to dyrektor i zrobiła się afera. Szczęśliwie człowiek ten był oportunistą i bardzo nie chciał, żeby wyszło na zewnątrz, iż „w jego szkole” coś takiego miało miejsce. Skończyło się więc na wewnętrznych represjach.
Po ukończeniu szkoły średniej miałem „jakieś” polityczne poglądy: byłem lewicowcem, ale przekonanym, że PZPR popsuła dobrą ideę socjalistyczną. Wierzyłem, że możliwa jest reforma. W każdym razie, ówczesny ideowy wybór skłonił mnie do decyzji, by na trochę „pójść w lud”. Świadomie zrezygnowałem z ubiegania się o przyjęcie na studia i poszedłem pracować jako robotnik (Warszawskie Zakłady Mechanizacji Budownictwa na Woli). Pracowałem tam niecały rok, ale do dzisiaj uważam to za fascynujące doświadczenie: spotkałem prawdziwych „przedstawicieli klasy robotniczej” i zobaczyłem jak absurdalną instytucją jest „socjalistyczne przedsiębiorstwo” (Brygada pracowała w systemie „akordu zadaniowego”. Remontowaliśmy silniki do „stolińców” (spychaczy). Głównym zadaniem brygadzisty było pilnowanie, by normę wykonywać na poziomie 115% i by brygada miała potrzebne materiały (deficytowa była pewna banalna śruba). Brygada miała dużo wolnego czasu, bo - za cichą wiedzą kierownictwa - nowe remonty często ograniczały się do wymiany (widocznych) uszczelek - przyp. autora).
CDN.
Od red. Kawy: Tekst powyższy nie jest samodzielnym blogiem. Został jednak przez autora wyłącznie udostępniony redakcji do opublikowania na blogu magazynu Kawa.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)