Kawa magazyn Kawa magazyn
498
BLOG

RYSZARD BUGAJ - O Marcu '68

Kawa magazyn Kawa magazyn Polityka Obserwuj notkę 1

 

 

Uniwersytet Warszawski było wówczas chyba jedynym w Polsce miejsce niezależnej aktywności. Tam się musiało „zacząć”. I się zaczęło. 8 marca miał miejsce słynny wiec i pałowanie. Byłem przedstawicielem studentów w rozmowach z władzami uczelni (w tej delegacji była też między innymi J. Staniszkis i M. Król - wówczas asystenci). Trudno było mieć wątpliwości: władze nie chciały żadnego kompromisu. Fakt, że studencka opozycja była lewicowa i sympatyzowało z nią sporo partyjnych intelektualistów, tylko wzmagał negatywną determinację władz. Ze względu na obecność wśród „inspiratorów” zajść grupy młodzieży o żydowskim pochodzeniu władze rozpętały bezprecedensową antysemicką kampanię. Również represje miały rasowy charakter. Gdy byłem przesłuchiwany na Rakowieckiej, SB-ek dawał upust jawnego i prymitywnego antysemityzmowi (w jego opinii Żydem był i minister spraw zagranicznych, wówczas Rapacki, i premier, Cyrankiewicz oczywiście - przyp. RB). I rzecz jasna, było to, jego zdaniem, straszne zagrożenie dla Polski… Straszył mnie też więzieniem za fałszywe zeznania (rzeczywiście kłamałem, a on miał dowód w postaci prawdziwych zeznań – złamanego – H. Szlajfera), ale skończyło się na stanowczym ostrzeżeniu, żebym w przyszłości … „nie trzymał z Żydami”.

Po marcu nie poszedłem do więzienia (pewnie zaważyło to, że na dwa tygodnie uciekłem z Warszawy, unikając przyjęcia wezwania na Rakowiecką; pojechaliśmy we czwórkę w Bieszczady w kwietniu. Była moja ówczesna żona, a także H. Łuczywo z narzeczonym. Po powrocie już nie zamykali nikogo, kto miał „aryjskie papiery” – przyp. RB), ale, choć już byłem na ostatnim roku, zostałem usunięty z uczelni i mogłem studia ukończyć dopiero za trzy lata. Ale nie tylko i nie najbardziej dlatego marzec jest dla mnie bardzo ważny. Jest przede wszystkim źródłem życiowego optymizmu. Nigdy przedtem i nigdy potem (nawet w 1980 roku) nie miałem okazji doświadczyć tak silnego poczucia wspólnoty i zaangażowania „w słusznej sprawie”. Uniwersytet (wszyscy znajomi, koledzy i przyjaciele) był oazą tej słusznej sprawy solidarnie i odważnie (także na innych uczelniach) bronionej. Wtedy też definitywnie zrozumiałem, że ta „czaszka (komunizm) nigdy się już nie uśmiechnie” – byłem całkowicie uodporniony na gierkowskie „pomożecie”.

Po marcu moja osobista sytuacja nie była komfortowa: nieskończone studia i właściwie wilczy bilet. No i ogólnie przygnębiająca atmosfera. Wkrótce doszło jednak do wielkiego buntu robotników Wybrzeża, zakończonego krwawą pacyfikacją. Ten bunt w moim (w pewnym sensie pomarcowym) środowisku został w początkowym okresie przyjęty z mieszanymi uczuciami. Z jednaj strony był oceniany jako znak pogłębiającego się kryzysu systemu, z drugiej przeraził niektórych swoją gwałtownością i bezkompromisowością (spiskowałem wtedy „na czerwonej kanapie”; pamiętam wypowiedź pewnego profesora o grudniu: to był jednak motłoch, choć …), a Rosja miała się wtedy dobrze (jeżeli kiedykolwiek można to było powiedzieć o Rosji). W każdym razie „grudzień” nie był impulsem nowej aktywności. Miałem wtedy poczucie atomizacji środowiska. Istotnie, jeżeli ktoś nie miał szczególnego oparcia (w rodzinie, w najbardziej opiniotwórczych środowiskach), to stał osamotniony naprzeciw totalnego systemu.

 

CDN.

 

Od red. Kawy: Tekst powyższy nie jest samodzielnym blogiem. Został jednak przez autora na wyłączność udostępniony redakcji do opublikowania na blogu magazynu Kawa.

>>> Czytaj inne komentarze publicystów magazynu "Kawa"

Już w sprzedaży Piszą dla nas m.in.:

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka