Nieżyjący już ksiądz Antoni Czernuszewicz dwadzieścia ostatnich lat życia spędził w Jastrowiu koło Piły. Wcześniej był między innymi kapelanem biskupa Ignacego Jeża w Koszalinie. Poniższą rozmowę z księdzem Antonim przeprowadziłem w grudniu 2003 r..
***
Ksiądz Antoni Czernuszewicz
Byłem spowiednikiem internowanych
Mikołajska, jak przyszło do zwrotki „przed Twe ołtarze zanosim błaganie”, wzniosła ręce do góry i łubudu na kolana w takim aktorskim geście, z tym śpiewem „zanosim błaganie” i za nią wszyscy też... Aż człowieka za gardło chwytało.
Człowieku, wojna jest
Ks. To już będzie chyba dwadzieścia dwa lata w tym roku. Sobota, wieczór. Mieszkałem w Koszalinie na Łużyckiej. Kiedy wieczorem wyłączałem telewizor był program rozrywkowy, Kobuszewski występował. No i niedziela rano, z biskupem mieliśmy jechać do Połczyna Zdroju do parafii św. Józefa. Kawałek do rezydencji biskupa trzeba było iść. Rano człowiek się budzi, telewizor nie gra, radio nie gra. Nic jeszcze nie wiedziałem. Szybko ubrałem się i idę pod rezydencję, bo rano mamy wyjeżdżać. Patrzę, kierowcy biskupa nie ma, samochód nie wystawiony. Dzwonię, biskup przez okno wychyla się i woła: Człowieku, wojna jest, autobusy nie chodzą, kierowca nie dojechał. Mówię: Zadzwonimy może ... Biskup: Przecież wyłączone wszystko.
I tak się dowiedziałem o stanie wojennym.
A. K. A komórek nie było, dodam.
Ks. Nie było. Pojechaliśmy jednak do Połczyna. Już po drodze widzieliśmy wojsko, w rowach pełno samochodów, to szmelc przecież był. W Połczynie proboszczem był i jest ksiądz Bolesław Jewulski. To taki bojowy ksiądz, czupurny trochę. I tam chyba było poświęcenie czegoś, dokładnie w tej chwili nie pamiętam... Po mszy świętej, na plebanii, przy stole, ksiądz biskup, znając tego księdza, ostrzegł go, że stan wojenny jest i żeby sobie za dużo w mówieniu na ambonie nie pozwalał, żeby uważał. Oczywiście on zrobił jak zrobił i potem w następną niedzielę wyzwał Jaruzelskiego i tych wszystkich od chunty wojskowej, no i został aresztowany. Znalazł się na Młyńskiej w areszcie. Później jako delegat biskupa chodziłem na proces przed sądem wojskowym. Ksiądz Jewulski otrzymał wyrok i poszedł do więzienia, choć całego wyroku chyba nie odsiedział.
A. K. Jaką funkcję Ksiądz wtedy pełnił?
Ks. Notariuszem sądu biskupiego byłem i kapelanem ordynariusza. Zawsze z biskupem jeździłem na wizytacje, na bierzmowania, czy na inne uroczystości kościelne.
Grudniowi ksiądz niepotrzebny
A. K. I co się z księdzem działo w stanie wojennym ?
Ks. Kościół jak Kościół, normalnie działał, utrudnienia tylko w wyjazdach były. Trzeba było przepustki na wyjazd załatwiać.
Pamiętam, zaraz na początku stanu wojennego była narada w rezydencji biskupiej, a tu dzwonek do drzwi. Otwieram, patrzę, w drzwiach stoi podpułkownik LWP w mundurze. Pyta, czy może rozmawiać z biskupem. Biskup, troszkę podenerwowany, wstał: No, idę zobaczyć. Siedzimy, czekamy. Okazało się, że podpułkownik to ksiądz kapelan ze Szczecina, który chciał na terenie naszej diecezji odwiedzić internowanych. Był na tyle nieroztropny, że pojawił się w ośrodku internowania w mundurze i zatrzymani działacze Solidarności nie chcieli z nim rozmawiać, zbuntowali się. Wtedy dowiedzieliśmy się, że jeden ośrodek internowanych jest w więzieniu w Wierzchowie w pomorskim , drugi w Darłówku, trzeci na poligonie drawskim w Jaworzu i w międzyczasie też dotarła wiadomość, że tam czwarty był ośrodek internowanych w Głębokiem. W tym ostatnim ośrodku, umiejscowionym w głębi poligonu drawskiego, siedzieli Gierek, Jaroszewicz, sekretarz PZPR z Katowic - Zdzisław Grudzień i inni partyjni. Grudzień w tym ośrodku w Głębokiem zmarł zresztą. Do tego ośrodka nigdy nie pozwolono nam pojechać. Mówiono: im księża nie są potrzebni.
Msza według Tory
Ks. Do Jaworza wpuszczano początkowo tylko biskupa i mnie, miejscowym księżom nie pozwalali, natomiast do Wierzchowa i Darłówka księża docierali. W Darłówku opiekę nad więźniami sprawowali franciszkanie. Ojciec Stanisław taki tam chodził. Woroszylski poeta, który w Darłówku siedział, wiersz o tym franciszkaninie swego czasu napisał.
A. K. Kto w ośrodkach internowania przebywał?
Ks. Zacznijmy może od Jaworza. To wyglądało na ośrodek wczasowy. Ładnie położony, blisko jeziora. Tam miałem okazję poznać panów Mazowieckiego, Geremka, Bartoszewskiego i nieżyjącego już Andrzeja Drawicza. Niektórych z nich spowiadałem, Mazowieckiego na przykład.
Pierwszy przyjazd to nawet w tej tragedii stanu wojennego naprawdę wyglądał optymistycznie. Wyczuwało się, że to są Polacy, że to jest coś świetnego, bo kiedy biskup w stołówce szykował się do mszy świętej, oni wszyscy się zgromadzili, przyszli też strażnicy, którzy ich pilnowali, w panterkach. Ale to tylko jedna taka msza była, później dowództwo zabroniło żołnierzom przychodzenia na mszę św. z internowanymi. Na mszy św. gromadzili się wszyscy, nawet chyba ci, którzy byli niewierzący. Biskup w samochodzie mówił: Muszę tak tę homilię przygotować, by bazować na Starym Testamencie, bo sporo wśród internowanych jest innego wyznania i trzymał się cały czas Starego Testamentu, żeby do wszystkich trafić.
"Relikwia" ks. Antoniego - pamiątkowa plakietka otrzymana od internowanych
Grypsy, czyli księga jubileuszowa Bartoszewskiego
A. K. Czy nawiązywały się jakieś bliższe relacje między Księdzem a zatrzymanymi?
Ks. A oczywiście, głównie kurierem byłem. Grypsy, karteczki, co oni pisali, wynosiłem z ośrodków. W kieszeniach sutanny chowałem. Nawet i spowiadając rękę podawałem, dawał, brałem tę karteczkę i chowałem. Następnie siostra z kurii co pewien czas jechała na jakieś konferencje i ona to wszystko wiozła do Kościoła św. Marcina w Warszawie. Tam było takie centrum, a ja później słuchając wieczorami Wolnej Europy upewniałem się, czy te wiadomości dotarły, czy nie.
A. K. Czyli to nie były tylko wiadomości dla krewnych, dla członków rodzin?
Ks. Tak, chyba najbardziej cenną rzeczą, jaką przewoziłem, był zeszyt stu albo sześćdziesięciokartkowy. Pan Bartoszewski obchodził w internowaniu sześćdziesiąte urodziny i otrzymał księgą jubileuszową w obozowych warunkach wydaną z rysunkami, z różnymi autografami i dedykacjami tych ludzi, którzy tam byli ( choćby Jacek Bierezin, poeta już nieżyjący - taki a la Słowacki kołnierzyk miał ). Gdzie schować taki zeszyt? Sutanna ma przy kieszeni takie rozcięcie, żeby móc się jeszcze do kieszeni spodni dostać. Więc wepchnąłem zeszyt za pas, tyle że cały czas byłem na wdechu. No i jedziemy, mijamy Kalisz Pomorski, ja jeszcze tak na wdechu, bo te poligony się ciągną. Nagle patrzymy, stoi przy lesie dwóch w panterkach, umundurowanych. Stoją i machają, żeby się zatrzymać. Blady strach, rewizja. Biskup mówi: tylko spokój. Mówię: Księże Biskupie, ja tu pełno tych grypsów mam, no i tę księgę Bartoszewskiego. Spokojnie, zobaczymy, co będzie - mówi biskup. Zatrzymaliśmy się, kierowca odkręca szybę, słuchamy. Oni do Drawska na okazję, czy możemy ich podrzucić. To rezerwiści byli, wzięci do pilnowania. No i Bogu dzięki. Dopiero jak Drawsko minęliśmy, wszystko można było powyciągać.
Z każdego obozu takie grypsy i listy się woziło.
Na ślub w kajdankach
I jeden kontakt był bardzo intymny. Ten człowiek przeżywał dramat, mówię o panu Mazowieckim. Przecież wdowiec, miał trzech chyba chłopaków. Dwóch zostało w Warszawie, a jeden najmłodszy chyba, kilkanaście lat wtedy miał, Michał, przebywał wtedy w Boninie pod Koszalinem u jakiejś dalszej rodziny pana Mazowieckiego. W szkole podstawowej w Koszalinie się uczył. No i ja te listy od ojca do syna woziłem. I syna do ojca też, bo jechałem później do Bonina rozmawiać i ojca informowałem, co i jak. Zresztą jeden z synów brał ślub i ślub był specjalnie w Drawsku zrobiony. W kajdankach pana Mazowieckiego przywieziono na ślub syna. Kościół załatwił przez kogoś z miejscowych z kurii, żeby puścili.
Pan Jezus w celi
Kiedyś nieprzyjemna sytuacja była w Wierzchowie. To było normalne więzienie. U bramy przywitał nas naczelnik czy komendant. Nie wiem jak się nazywał. Już sam typ sprawiał wrażenie okropnego. Potężny, wielki, chamski, twarz taka rzeczywiście brutalna. Wiedział, kto wysiadł, bo zawsze każdy był zgłoszony przez Koszalin. Mimo to zażądał dowodów osobistych, nie chciał wpuścić. No, ale wreszcie wpuścił, przez te wszystkie bramy, zasieki prowadził nas do budynku, gdzie byli ci internowani. Myśmy przyjechali w niedzielę, a w sobotę ci, którzy byli tam zamknięci, to przecież ludzie inteligentni, wykształceni, elektronicy, wykryli w celach podsłuchy, w wywietrznikach. I pourywali to, poniszczyli. Służbę więzienną szlag trafił. Okropnie ich spałowali, pięciu zamknęli w izolatce w innym budynku. Jak przyjechaliśmy, ci biedni ludzie byli pobici, poniżeni, także płaczący, To była Solidarność szczecińska, no i koszalińska.
No i co tu robić? Z Biskupem żeśmy się umówili, że Biskup będzie dawał mszę, a ja pospowiadam i pod koniec mszy wezmę pięć komunikantów i pójdę tam do tych pobitych internowanych. Komendant się zgodził, więc wziąłem Pana Jezusa i poszedłem na tę izolatkę, gdzie oni byli zamknięci. Zdjęli koszule i pokazali plecy pobite od tych pałek. Jeden ze Szczecina, starszy, chory na serce, prosił o jakąś interwencję, pomoc. Czuł, że umrze tam. Wydzwanialiśmy do kurii biskupiej do Szczecina, żeby się wstawić za tym człowiekiem, bo jest ciężko chory i źle się to może skończyć. Zresztą później przez radio dowiedziałem się, że zmarł po jakimś czasie.
Jeden, młody był, po trzydziestu latach pierwszy raz do spowiedzi przyszedł.
Jak te cele otwierali, komendant przedstawiając, kto tam zamknięty jest, powiedział, gdy dochodziliśmy do celi Jurczyka: idziemy do tego, co chciał nas wieszać. Zobaczyłem człowieka bardzo spokojnego, bardzo wewnętrznie poukładanego, żadnej histerii, żadnej nerwowości. Spokojnie mówi, że przyjmuje ten los, że dla sprawy trzeba wycierpieć. Aż zbudował tym takim spokojem, opanowaniem. Bo niektórzy się bali, bo to byli normalni szeregowi działacze. Pierwszy raz poszli na manifestacje i od razu do więzienia.
Żołnierska spowiedź
Dwa momenty, może więcej ich było, które człowiek pozytywnie z tamtych czasów zapamiętał. Pierwszy, to Wielkanoc w Jaworzu, msza święta i po mszy św. wielkanocne śniadanie. Przygotowani, a jakże, na stołówce posadzono wszystkich internowanych, a jeden stolik wyznaczono dla Biskupa, dla mnie i dla kierowcy Biskupa. No i my tu osobno. Mazowiecki, czy inni prosili, czy nie mogą razem. W końcu pozwolono dosiąść się do nas. A obsługiwali ci żołnierze, którzy tam pełnili służbę. Aż patrzę podchodzi jeden żołnierz do mnie, chłop odbywający służbę zasadniczą i mówi: proszę księdza, jaka to jest sprawiedliwość, przecież to są nasze święta też. Dlaczego oni mieli mszę, śniadanie, mogli iść do spowiedzi, a my nawet u spowiedzi nie byliśmy. Ja mówię: to wiecie co chłopaki, ja biorę krzesło, idę tam w kąt i jak chcecie, to chodźcie wszyscy, ja was wyspowiadam. I ja ich wszystkich po kolei wyspowiadałem. Niestety komunii nie mogliśmy dać, a i mszy nie pozwolili odprawić.
Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie
A drugi przypadek, który chwytał za serce, to olbrzymia sala stołówkowa, chyba też w Darłówku. Olbrzymia sala stołówkowa, stół, który był ołtarzem, msza i na przedzie aktorka Halina Mikołajska o tych charakterystycznych rysach twarzy. Inteligencja, wymieszane to wszystko, ludzie ze świata kultury i nauki. Na koniec oczywiście wszędzie śpiewano Boże coś Polskę i Mikołajska, jak przyszło do zwrotki „przed Twe ołtarze zanosim błaganie”, wzniosła ręce do góry i łubudu na kolana w takim aktorskim geście, z tym śpiewem „zanosim błaganie” i za nią wszyscy też... Aż człowieka za gardło chwytało. Takie chwile człowiek zapamiętał na zawsze...







Komentarze
Pokaż komentarze (4)