http://wiadomosci.onet.pl/1686673,11,item.html
"Żadna służba na świecie nie ujawnia swojej agentury" - oznajmia Klich, “Oficerowie czekający na weryfikację czują się bardzo źle” - dodaje. Nie pojmuje tylko jednego: dla nas - dla mnie, dla innych antykomunistów, ludzie wojskowych służb odziedziczonych po peerelu są obcą formacją, wrogą polskiemu państwu i jego obywatelom.
Żeby nasz/mój punkt widzenia został zrozumiany, opowiem historyjki z życia wzięte.
W 1985 roku trafiłem do wojska. Po przeszkoleniu w szkole podchorążych zostałem skierowany do jednostki wojskowej. Nie wiem z jakiego powodu, ale przez pierwsze tygodnie żaden z zawodowych żołnierzy nie tylko niczego ode mnie nie wymagał (w przeciwieństwie do pozostałych podchorążych), ale i nie chciał ze mną rozmawiać. Traktowano mnie jak powietrze. Kiedy parę razy zapytałem, co mam robić, zbyto mnie milczeniem. Tylko raz dowódca kompanii oznajmił mi, że dadzą sobie radę beze mnie. Nawet mi to odpowiadało, miałem czas dla siebie. Chodziłem na spacery do lasu, czytałem książki, kiedy chciałem, wyjeżdżałem do domu. Wczasy po prostu.
Przyszedł jednak dzień, gdy poproszono mnie wykonanie kilku zadań. Jednym z nich było napisanie opinii wyższym wojskowym przeznaczonym na dowódcze stanowiska na czas „W”. Dziwaczna historia. Otrzymałem teczki osobowe oficerów, zostałem zaprowadzony do pokoju bez okien w dowództwie garnizonu, posadzony przy stole do gier wojennych i zostawiony samemu sobie. Polecenie było krótkie: pisz te opinie i nie spoglądaj w żadnym wypadku na ściany. Jak tu po takim prikazie nie zerknąć w zakazaną stronę? Oczywiście, że spojrzałem. Kto by zresztą wytrzymał kilka godzin z pochyloną głową? Ściany pokryte były wojskowymi mapami z zaznaczonymi miejscami dyslokacji wojsk na wypadek „W” i kierunkami natarcia. Dziś to wiemy wszyscy, nasze LWP miało atakować przez pólnocne Niemcy kraje Beneluksu. Ki czort, zastanawiałem się, o co im chodzi? Po co mnie tu zamknięto?
Tak minęło parę dni. Dowódca garnizonu, jego zastępca i sekretarka okazywali mi sympatię i życzliwość. Ich główne zajęcie polegało na typowaniu liczb w totka, grali bowiem wspólnie systemowo. Dowódca najczęściej kołysał się na tylnych nogach krzesła i zwrócony do zakratowanego okna marzył o tym, co zrobi, kiedy trafią szóstkę. Najpierw zwolnię się z wojska, informował mnie konfidencjonalnie i dodawał: podchorąży to ma dobrze, niebawem pójdzie do cywila.
Było miło, ale jak to zwykle bywa, do czasu. Ponieważ, jak mnie poinstruowano, pomieszczenia dowództwa garnizonu to miejsce tajne i wstęp osobom postronnym jest całkowicie wzbroniony, miałem w przypadku pojawienia się kogokolwiek, stawać przy drzwiach i się odmeldowywać. Pewnego dnia rozległ się dzwonek i w drzwiach pojawił się, jak mi później wyjaśniono, wysoki oficer kontrwywiadu. Zgodnie z wcześniejszą umową odmeldowałem się i wyszedłem. Niedługo potem do garnizonu zadzwonił telefon i mój miły dowódca oznajmił mi, że mam się stawić u szefa kontrwywiadu pułku. Od razu coś mnie tknęło, ale nic, idę. Niemal w drzwiach gabinetu „gumowca” (tak w wojsku nazywa się strzelających z ucha, czyli podsłuchujących) minąłem żołnierzyka służby zasadniczej, który głupio się uśmiechnął na mój widok. W środku było dwóch wojskowych. Jeden siedział przy biurku pod oknem, drugi stał koło niego. Zostałem poinformowany, że mam do czynienia z szefem kontrwywiadu jednostki i dowódcą jakiegoś tam batalionu czy kompanii. Zapamiętałem nazwisko tylko tego drugiego. „Gumowiec” oznajmił mi, że jestem podejrzany o nielegalne przekazywanie amunicji osobom niepowołanym i pokazał mi oświadczenie w tej sprawie napisane przez żołnierzyka, który minął mnie w drzwiach przed chwilą. Zrobiło mi się gorąco. No to byłem w domu. Oczywiście zaprzeczyłem zarzutom i w zasadzie rozmowa zakończyła się po kilkunastu zdaniach. Wszystko było bardzo dziwne. Żołnierz zeznał, że przekazywałem mu amunicję do kbkak, którą on następnie dawał żołnierzowi zawodowemu, a ten używał jej do polowania. Śmierdziało intrygą na kilometr. Usłyszałem, że w przypadku udowodnienia mi zarzutów zostanę zdegradowany, postawiony przed sądem wojskowym, a po odbyciu kary wrócę do wojska na dwa lata. Nie zamierzałem więcej z tymi typami rozmawiać, tym bardziej, że ten siedzący przy oknie od początku przesłuchania ostentacyjnie celował w moją głowę z pistoletu i strzelał dla zastraszenia na sucho. Może mi ktoś wierzyć lub nie, tak było. W niedługi czas po tym zostałem przeniesiony do innej jednostki. Tam już tylko słyszałem, że jestem faszystą z Solidarności, a od dowódcy pułku ds politycznych pułkownika J. M. dowiedziałem się, że jako pierwszy powinien mnie rozstrzelać za to, co o mnie słyszał. Dodam tylko, że w czasie ćwiczeń na poligonie, ktoś ukradł podobno ileś sztuk broni z naszego polowego magazynku.
Do dziś nie wiem, o co tym durniom chodziło w związku z moja osobą. W pierwszej Solidarności nie byłem, w podziemiu specjalnie nie działałem, chodziłem tylko na demonstracje, parę razy byłem za to zatrzymany i postawiony przed kolegium. Było jeszcze parę drobiazgów, jednak z mojego punktu widzenia mało istotnych. O jednym opowiem, bo był zabawny. Należę do tych niefrasobliwych, co mają niewyparzony język. Pewnego razu na zajęciach politycznych w szkółce dla podchorążych, kiedy znieść już nie mogłem mędzenia politruka o wyższości demokracji socjalistycznej nad zgniłą, zachodnią, zapytałem, czy pułkownik wie, czym się różni demokracja od demokracji socjalistycznej i dokończyłem ten stary wist, że tym, czym krzesło od krzesła elektrycznego. Po tym moim wyjaśnieniu wykładowca stracił koncept i werwę.
Więc pytam, kurna, jeszcze raz, o co tym idiotom szło? Dlaczego traktowali mnie jak zakałę? :)
Muszę jeszcze dodać, że po latach tak się zdarzyło, że uczyłem syna jednego z przesłuchujących mnie wówczas trepów i synek trepa wyjaśnił mi, że jego tata był szefem kontrwywiadu dywizji, a w jednostce dla niepoznaki miał funkcję dowódcy oddziału. Jak się okazało, syn wdał się w ojca, bronił na lekcjach zaciekle honoru Armii Czerwonej i w samych superlatywach wypowiadał się o sowieckiej broni, która według niego nie miała sobie równej w świecie. Mimo to go lubiłem. Cóż dzieciak winien praniu mózgu?
To była osobista historia, są i inne. Oto jedna z nich. Przed laty dużo jeździłem stopem. Bardzo lubiłem taki sposób podróżowania, bo nigdy nie było wiadomo, kogo się spotka i co pozna. Kiedyś zabrał mnie gość, który przyznał, że był w wojsku kierowcą oficera kontrwywiadu. Często woził swego szefa na spotkania z jego sowieckim odpowiednikiem. Rozmawiali zawsze na osobności, spacerując w odludnych miejscach, albo w samochodzie, kierowca musiał wtedy spacerować...
Oto sonda onetu
|
Czy prezydent powinien opublikować aneks do raportu z likwidacji WSI? |
|
|
||||
|
|
tak
|
51% |
||
|
|
||||
|
|
nie
|
20% |
||
|
|
||||
|
|
to nic nie zmieni
|
11% |
||
|
|
||||
|
|
nie interesuje mnie to
|
18% |
||
|
|
||||
|
|



Komentarze
Pokaż komentarze (3)