1. L. D.: <jeśli bloger jest anonimowy, to autocharakterystykę „antykomunista" może sobie wpisać każdy, nawet wielbiciel Jerzego Urbana. I zamieszczać linki do „Nie" na swoim wielce prawicowym blogu.>
Zatem przedstawię się: Andrzej Kisiel, pełnomocnik Prawa i Sprawiedliwości w powiecie złotowskim, członek zarządu okręgu PiS.
2. L. D.: <W „Krytyce władzy sądzenia" Kant wprowadził pojecie „sądu reprezentującego", to znaczy takiego, w którym zawarte są odpowiedzi na możliwe zastrzeżenia i obiekcje. Wprawdzie trzecia Krytyka Kanta poświecona była sądom estetycznym, ale polityczną wagę tej intuicji znakomicie wychwyciła w swoich esejach Hannah Arendt. >
Termin “sąd reprezentujący” w Krytyce władzy sądzenia Kanta nie występuje, być może H. Arendt na swój użytek stworzyła taką nazwę pojęcia, które u Kanta zostało gdzieś zdefiniowane, lecz tak nie nazwane. W tomie pierwszym Krytyki czystego rozumu (tłum. Roman Ingarden) znajdziemy na stronie 160-161 podział sądów ze względu na zakres, jakość, stosunek i modalność. Ogólnie znany jest również podział na sądy a prori i a posteriori oraz syntetyczne i analityczne. W Krytyce władzy sądzenia (tłum. Jerzy Gałecki) mamy natomiast do czynienia z następującymi terminami: sądy estetyczne (sąd smaku, który występuje w odmianie empirycznej i czystej), sądy moralne, logiczne (teoretyczne), teleologiczne, determinujące, empiryczne, formalne, poznawcze, refleksyjne, subietywno-estetyczne. Terminu sąd reprezentujący brak.
3. L. D.: < W moim przekonaniu sąd reprezentacyjny jest istotą myśli politycznej...>
Sąd reprezentacyjny to chyba coś innego niż sąd reprezentujący, słowo reprezentacyjny ma bowiem nieco inne znaczenie niż reprezentujący.
4. L. D.: <...jestem najgłębiej zainteresowany powrotem PiS do władzy.>
Trudno mi w to uwierzyć, chyba że poseł Dorn subiektywnie tak uważa, lecz nie zdaje sobie sprawy z tego, jak jego kolejne wypowiedzi kwestionujące politykę prezesa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego wpływają na ocenę sytuacji w PiSie. Nie sposób się oprzeć wrażeniu, że podstawową motywacją kierującą posłem Dornem są względy natury osobistej – rywalizacja o władzę z obecnym szefem PiSu Jarosławem Kaczyńskim i Prezydentem Lechem Kaczyńskim. Taka strategia uprawiania polityki na pewno oddala perspektywę powrotu PiSu do władzy. Być może poseł Dorn pragnąłby innego PiSu, jeśli tak, to jego i moje oczekiwania się rozmijają, ja bowiem stawiam zdecydowanie na koncepcję uprawiania polityki w wydaniu Jarosława Kaczyńskiego i z tego powodu przede wszystkim jestem w Prawie i Sprawiedliwości od 2002 roku.
5. L. D.: <Każdy, kto uważnie przeczyta artykuł w „Nie", zauważy, następujący po opisie moich zażyłych relacji z p. Stokłosą i jego żoną, passus: „ Ponieważ wokół Stokłosy mnożą się ostatnio sobowtóry, Dorn mógł być fałszywy. Mistyfikacja była jednak tak przekonująca, a wynikający z niej upadek autorytetu rządu tak poważny, że odpowiednie służby powinny rzecz szczegółowo wyjaśnić".
Otóż rozważałem proces z „Nie" o sprostowanie lub zniesławienie, ale konsultacja z prawnikami potwierdziła pierwszą intuicję, że nie mam żadnych szans. W przeciwieństwie do oszczerstwa wobec Jarosława Kaczyńskiego, w moim przypadku redakcja się zabezpieczyła. Przecież napisała, że to mogłem być nie ja... O co miałem występować? O sprostowanie, że ze Stokłosą nie spotkałem się ani ja, ani mój domniemany sobowtór? Albo, że spotkał się mój sobowtór, ale nie ja? Miałem z siebie robić idiotę...?>
Pewnie jestem niedouczony i niespecjalnie błyskotliwy, co zaznaczył Ludwik Dorn w dalszej części swego wywodu (erystyka - dobra rzecz), lecz mój prosty, chłopski rozum podpowiada mi, że takich np. słów z urbanowego rynsztoka nie można pominąć wzgardliwym wzruszeniem ramion: <Kilka prokuratur prowadziło śledztwa, a policja tropiła Henryka Stokłosę. W tym czasie zwierzchnik policji wicepremier Ludwik Dorn u Stokłosy biesiadował. Nowy układ politycy PiS–biznes? W lipcu 2006 r. u Stokłosów gościł Ludwik Dorn. Rzecznik prasowy holdingu Marek Barabasz potwierdził te rewelacje.>
Te słowa rzucają obrzydliwe podejrzenia nie tylko na Ludwika Dorna, ale i na cały PiS, w tym na moją mało znaczącą i skromną osobę i tego sobie po prostu nie życzę. Liczyłem na to, że o niebo przewyższający mnie intelektem, wiedzą i możliwościami L. Dorn nie puści płazem tej obrazy. Cóż przeliczyłem się. Prawnicy wicepremiera Dorna ocenili, że nie ma szans na wygraną.
6. Yassa: <Dla Kisiela, jak wyczytałem, najważniejsza jest „sprawa”. I właśnie to oddanie sprawie, przekonanie, że w jedności siła:) plus wewnętrzne PISowskie tarcia (z oczywistych przyczyn nie do końca jasne dla ogółu) stanowiły podatną glebę by urbanowe ziarno zakiełkowało właśnie takim tekstem.
Dlatego też wydaje mi się, że zbyt ostro ocenia Pan blogera. Nie wszyscy i nie zawsze mają wiedzę pozwalającą na weryfikacje podawanych im faktów.
Podejrzewam, że po Pana tekście Kisiel zrewiduje swoje ostre sądy:)>
Witam Yassa, dzięki za wsparcie, ale tym razem nie musisz mnie usprawiedliwiać, imperium Stokłosy znam od lat, bo to mój teren. Wiem, o czym piszę. To, że artykuł w Nie był prowokacją, nikt nie musi mnie przekonywać. Uważam jednak, że sprawa została zbyt łatwo zbagatelizowana, poza tym są jeszcze konteksty. Więcej na ten temat nie zamierzam wypowiadać się publicznie, ale mam nadzieję, że podjęta będzie w tej sprawie dyskusja wewnątrz PiSu. Zabiegam o to od dłuższego czasu. My – z Prawa i Sprawiedliwości musimy być poza wszelkim podejrzeniem, jeśli mamy być wiarygodni. Pozdrawiam :)
7. Przywołał Ludwik Dorn w swym Liście Hannah Arendt, skorzystam i ja. Arendt, wyjaśniając, co rozumie pod sformułowaniem “ryzyko przestrzeni publicznej”, wypowiedziała myśl, która dobrze pasuje do omawianej właśnie sytuacji.
“Ryzyko przestrzeni publicznej wydaje mi się jasne. Człowiek eksponuje się jako osoba w świetle publicznym. Jeśli nawet jestem zdania, że nie wolno sie pojawiać i działać w przestrzeni publicznej skupiając się na sobie, to jednak wiem, iż w każdym działaniu osoba wyraża się tak, jak w żadnej innej czynności. Przy czym mówienie także jest formą działania. To jedna sprawa.
Drugim ryzykiem jest to, że coś rozpoczynamy, że wplatamy naszą nić w sieć powiązań. Nigdy nie wiadomo, co z tego wyniknie. Wszyscy jesteśmy skazani na mówienie: Panie, wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią. Dotyczy to każdego działania. Bardzo konkretnie, ponieważ nic nie wiadomo. To jest ryzyko. Powiedziałabym, że ryzyko to jest możliwe tylko dzięki zaufaniu do ludzi. To znaczy, w trudnej do precyzyjnego uchwycenia, ale zasadniczej ufności w człowieczeństwo wszystkich ludzi. Tylko tak to jest możliwe.” (Co pozostaje? Gunter Gaus rozmawia z Hannah Arendt, Przegląd Polityczny nr 55/2002)
http://ludwikdorn.salon24.pl/70820,index.html


Komentarze
Pokaż komentarze (17)